wtorek, 12 września 2017

V. Cisza przed burzą

Shadows move in
Through the clouds
Through the air

And the darkness moving closer
I am waiting
By the open door

When the night falls
Down on me
I will still awake
I won't run away

And the darkness moving closer
I am waiting
By the open door
Hidden Citizens - Black Clouds


Głupie marionetki. Gracie, jak wam zagra, prawda?
Meldujcie.
Madara odłożył wojskowy telefon satelitarny na stolik, włączając wcześniej tryb głośnomówiący, i skrzyżował ramiona na szerokiej klatce piersiowej. Szorstki głos, który wydobył się z głośnika urządzenia, spowodował u chłopaków krótki przypływ agresji.
Po wykonaniu zadania, które niekoniecznie zakończyło się w oczekiwany przez wszystkich sposób, prędko ulotnili się z hotelu. Kiedy opuszczali parking, w okolicy wciąż nie było słychać żadnych syren, co dawało im dodatkowe minuty na ucieczkę bez presji ścigania przez policję. Kapitan prowadził auto z zawrotną prędkością, dzięki czemu szybko dotarli nad Zatokę Zachodniokoreańską, gdzie utopili wypożyczone na fałszywe nazwisko auto. Gdy mieli pewność, że samochód zniknął głęboko pod powierzchnią wody Morza Żółtego, zaszyli się w porcie, wynajmując pokój w jakimś obskurnym motelu.
Początkowo usiedli w różnych kątach wspólnej sypialni i milczeli. Nie wiedzieli, gdzie ulokować myśli. Czuli się zagubieni i bezradni wobec informacji, jakie przekazał im przedśmiertnie Ōnoki.
— Nie żyje — odparł starszy Uchiha, zamykając powieki. — Wszystko poszło sprawnie, jeszcze nas nie szukają. Możliwe, że do rana nikt się nie zorientuje.
Sasuke wpatrywał się w ekran wyciszonego telewizora, skacząc po kanałach, by w razie jakichś nagłych wieści o śmierci generała, móc się zorganizować. Naruto doglądał rany Kiby; oczyścił ją dokładnie i założył porządny opatrunek, nie zważając na jęki i grymasy przyjaciela.
Świadkowie? — Shimura zdawał się niczego nie podejrzewać.
— Wszyscy martwi.
Czy Ōnoki zdążył wam coś powiedzieć?
Żołnierze popatrzyli na siebie porozumiewawczo.
— Nie — mruknął kapitan — został zabity jako pierwszy. Woleliśmy nie zwlekać.
Wspaniale. — W głosie Danzou wyczuć można było swego rodzaju triumf i ulgę. — Jestem winny dotrzymania danego słowa. Jesteście w Namp’o, tak jak się umawialiśmy?
— Tak.
Dobrze. Wasz pilot powinien być po was w przeciągu godziny. Oczekiwałem tak dobrego obrotu spraw. Jak zwykle świetnie wykonana robota.
— Jak się mają sprawy w Japonii? — Sasuke nie wytrzymał i zupełnie zbył słowa przełożonego. — Jak wielką część przejęli Koreańczycy?
Początkowo nie uzyskali żadnej odpowiedzi. Słychać było głośne westchnięcie starca.
Bronimy się, Sasuke — odpowiedział w końcu, jakby sam wierzył w to, co mówił. — Nie wezmą nas żywcem.
— Jebany skurwiel — syknął Inuzuka, zaciskając pięści.
— To dobrze, cieszymy się — szepnął młody Uchiha, zachowując zimną krew.
Po kilku instrukcjach połączenie zostało przerwane.
— Dlaczego wciąż kłamie, skoro wie, że w przeciągu kilku godzin wrócimy do kraju i na własne oczy zobaczymy, co się tak naprawdę dzieje? — warknął Naruto, kładąc się na niewygodnym materacu.
— Są dwa wyjścia — mruknął Madara. — Albo Ōnoki nas okłamał, w co szczerze wątpię…
— Albo ten skurwiel wysłał nam pilota samobójcę, który roztrzaska się z nami awionetką w Morzu Wschodnim — dopowiedział Kiba, wstając z krzesła.
— Z ust mi to wyjąłeś.
Sasuke schował twarz w dłoniach, siadając na tym samym łóżku, na którym spoczął Naruto. Kręciło mu się w głowie. Sam już nie wiedział od czego. Nie odczuwał ani głodu, ani zimna, pragnienia, senności. Od kiedy zeszła z niego adrenalina, zrozumiał, jak niedorzeczną informacją podzieliła się z nimi ich ofiara. Próbowała im wcisnąć, że Japonia zamieniała się w postapokaliptyczną arenę dla szalejącego wirusa, który pochłaniał ich ojczyznę.
— To musiało być zaplanowane… — wyszeptał, sięgając po papierosy. Mimo ostrzeżenia starszej kobiety, która kategorycznie zabroniła im palić w pokoju, nie mógł się powstrzymać. — Wybuch w laboratorium Deidary. Plotki o broni biologicznej. Wstrzymanie wszelkich połączeń morskich i lotniczych z naszym krajem. Rozłączenie wszelkich sieci komórkowych, odłączenie Internetu. Bombardowanie. Jak długo to trwało? Jak długo mydlono nam oczy? Czyja to wina? Korei? A może to pierdolony sabotaż!
— Sasuke… — Naruto stuknął go kolanem w plecy, chcąc by nieco ochłonął.
— No pomyślcie! — huknął. — Całkowite odłączenie nas od świata. To eksterminacja. Zagłada na Japończykach. Chcą się bawić w drugiego Hitlera? Wyniszczyć nas jak Żydów?
Chłopcy rzadko mieli okazję widzieć przyjaciela w takim amoku.
— Tak długo planowaliśmy ucieczkę przed wojną… Wszystko wybuchło w przeddzień… — Uchiha chwycił się za głowę. — O wszystkim wiedzieli. O wszystkim.
— Sasuke, uspokój się — polecił Madara, jednak kiedy jego kuzyn utkwił w nim zrozpaczone spojrzenie, zamilkł.
— One tam są — zawył, kiedy jego oczy poczerwieniały. — Nie dostaną kuli w głowę. Nie padną na chodnik i nie przejdą szybkiej, zbawiennej śmierci, rozumiecie?! Jeżeli Ōnoki mówił prawdę, będą umierać w pierdolonych męczarniach, a my nawet nie zdołamy im pomóc!
— Zamknij się!
Kiba doskoczył do niego i chwycił mocno za bluzę, szarpiąc mężczyzną. Naruto i Madara szybko przystąpili do rozdzielenia ich, jednak nie było łatwo.
— Przestań pieprzyć takie głupoty! Czemu nie potrafisz choć przez chwilę próbować wierzyć w to, że sobie poradzą?!
— Przestań nas zwodzić! — W głosie młodego Uchihy zawitał złowrogi jad. — Po co to robisz?! W co każesz nam wierzyć?! Że udało im się przeżyć w zbombardowanym mieście?! Nie pamiętasz, co mówił Danzou?! Rozjebali szpital i więzienie! Uderzyli w strategiczne punkty!
— Sasuke, opanuj się do cholery! — wrzasnął Naruto, krępując jego ramiona za plecami, by przestał nimi wymachiwać. — Co w ciebie wstąpiło?!
— Czy ty jesteś po naszej stronie, draniu?! — Spojrzenie Sasuke, które wbił w twarz Kiby, stało się zimne i odrażające. — Zacząłeś kręcić, kiedy mieliśmy uciekać! Przedwczoraj nagle odwidział ci się ten pomysł, pamiętasz?! Jęczałeś mi w telefon, że to cię przerasta! Że nie powinniśmy tego robić! A teraz każesz nam tam wracać z powrotem! Zdrajco…
Inuzuka cały się spiął. W mgnieniu oka wyrwał się Madarze, ładując łokieć w jego nos, po czym bez opamiętania rzucił się do niego z pięściami. Mimo bólu w postrzelonym ramieniu, uderzał z całych sił, nie patrząc nawet, gdzie celował.
— Jak śmiesz nazywać mnie zdrajcą, gnido?! — ryknął, kiedy Madara zbagatelizował krwotok z własnego nosa i zaczął go brutalnie odciągać. — To nie ja chcę zostawić swoją ukochaną na pastwę pierdolonych mutantów! — Ponownie uciekł od kapitana i skierował się w stronę drzwi.
— Kiba, nie wychodź! Nie możesz! — Mężczyzna do niego doskoczył, ale szybko powstrzymało go spojrzenie podopiecznego. — Kiba!
— Róbcie, co chcecie — wycedził Inuzuka — ja wracam do Japonii. Znajdę Mayako, choćbym miał rozrzucać sterty trupów. Znajdę, bo wierzę, że jest cała i zdrowa. A jeżeli się mylę, to sam ją zabiję, by nie musiała cierpieć!
Trzask drzwi zwieńczył jego dramatyczną wypowiedź. Naruto nie wiedział, któremu z chłopaków miał najpierw pomóc zatamować krwotok z nosa, chociaż najbardziej pragnął pobiec za Kibą i ściągnąć go z powrotem.
— Wiesz… — Stłumiony głos Madary przerwał w końcu niezręczną ciszę. — On ma rację, Sasuke. Nawet, jeżeli to tylko mydlenie oczu… Wracam do Japonii. Nie darowałbym sobie, gdyby się okazało, że mogłem uratować Kejżę, a wybrałem ucieczkę.
Poszedł do łazienki i zamknął się w niej. Sasuke ciężko oddychając sięgnął po ręcznik i przyłożył go do nosa, kiedy krew zaczęła spływać mu po koszulce. Nie wiedział, co powiedzieć. Nie rozumiał, co w niego wstąpiło. Chodził po pokoju, próbując ustabilizować oddech i myśli. Zatrzymał się, kiedy Naruto sięgnął po kurtkę i zabrał z wieszaka tą, należącą do Inuzuki.
— Idę go poszukać — powiedział cicho i szybko opuścił lokum.
Brunet usłyszał dzwoniący telefon. Pilot już na nich czekał.

< <> >

Rin wskoczyła w ramiona Obito, prawie przewracając ich na ziemię.
— Wierzyłam, że przeżyłeś! Wiedziałam to!
Chłopak objął ją mocno i pogładził brudną dłonią kasztanowe włosy. Przymknął oczy i sprawiał przez chwilę wrażenie, że dosięgła go niesłychana ulga. Kiedy jednak otworzył z powrotem powieki, jego wzrok zatrzymał się na opuchniętej od płaczu, twarzy Haruno.
Zanim skazano Obito, był bliskim przyjacielem Sasuke. Spędzał u nich wiele wieczorów, pijąc piwo razem z jej partnerem, który przy kuzynie wydawał się niebywale wygadany. Był prawą ręką Kakashiego i często ogłaszano go kimś na wzór pracownika miesiąca. Pełnił swoją służbę z oddaniem, będąc szanowanym funkcjonariuszem. Kochał mocno Rin, pragnął założyć z nią kiedyś rodzinę. Innymi słowy, wzorowy facet o którego pokusiłaby się nie jednak kobieta.
Wszystko to trwało do nocy, kiedy Sasuke otrzymał telefon od Hatake. Sakura z przerażeniem obserwowała, jak Uchiha blednie, aż w końcu głośno oznajmia, że Obito kogoś zamordował. Był nim Orochimaru — analityk śledczy, który przez długi czas pełnił rolę przełożonego, zanim na jego miejsce wstąpił Kakashi. Obito poderżnął mu gardło, a sąd bardzo szybko skazał go na dożywocie. Mało kto zadawał pytania; Uchiha stał się dla otoczenia zwykłym zwyrodnialcem. Takie chodziły plotki i to samo wmawiał jej sam Sasuke. Sakura nigdy nie dowiedziała się, co było prawdziwym powodem tego przerażającego czynu, ale uważała, że nie mogło być to zwykłe widzimisię. Sasuke niejednokrotnie powtarzał jej, że niektórych rzeczy wiedzieć nie może lub nie powinna, a jeśli tak jest, to jedynym sposobem było powstrzymywanie jej od drążenia tematu.
Od tamtej pory minęły dwa lata. Nigdy nie spotkała Obito, ponieważ Sasuke kategorycznie zabronił jej odwiedzin chłopaka, mimo że sam często zachodził do więzienia, by się z nim zobaczyć. Początkowo uważała to za nadwrażliwość i strach, jednak z czasem zrozumiała, że zwyczajnie cała ta sytuacja miała drugie dno.
— Co tu robisz? — zapytał Kakashi, podając śmiało rękę swojemu byłemu podopiecznemu.
— Powsadzali nas na jakiś czas do innych zakładów, na czas remontu kanalizacji — odparł, odsuwając się nieco od Rin. — Dobrze was widzieć.
— Słuchajcie, nie ma czasu na pierdoły! — Mayako podniosła z ziemi niewielki kamyk i  bez namysłu cisnęła nim w otwór. — Musimy się zmywać, ostatnie drzwi zaraz puszczą, a nas zaleje fala tego szamba.
Ruszyła przodem, ocierając czoło. Sakura nie potrzebowała rozmowy o samopoczuciu strażniczki. Błyszczące oczy, ciężki oddech i widoczne osłabienie świadczyły o tym, że doskwierała jej gorączka. Okanao miała tendencję do niechęci wobec leczenia się, a potem kończyła na tygodniowym zwolnieniu z powodu zapalenia płuc, grypy i innych chorób. Haruno nie miała jednak ochoty pouczać przyjaciółki, która stanęła w przejściu i przytrzymała drzwi, by wszyscy się przez nie przedostali.
— Musimy je czymś zastawić. — Maya popatrzyła na Hatake. Wyraźnie uważała go za najbardziej kompetentnego z towarzystwa, wciąż ignorując Shisuiego. — Myśl kapitanie, nie mamy czasu.
— Możemy przytaszczyć z holu kilka tych ogromnych regałów, a pod izolatką… — wtrąciła Kejża. Przez chwilę się zawahała, co szybko przykuło uwagę Ichirei i Mayako. — Tam jest kilka łańcuchów, które przyniosłam z piwnic. Mogą się przydać, prawda?
Okanao skinęła głową i szybko rozdała poszczególne role obecnym, informując ich przy okazji o tym, że każde kolejne drzwi warto będzie zaryglować.
Sakura ruszyła w stronę holu, chcąc skontrolować, czy żaden z rannych nie potrzebuje pomocy. Po głowie krążyły jej różne, bezpłciowe myśli, kiedy błądziła wzrokiem po poszkodowanych. Najbardziej wyrazistą wydawała się być ta, która dotyczyła morderstwa na Orochimaru, owianego mroczną tajemnicą. Jeżeli Obito rzeczywiście zabił go dla rozrywki, to czy nie stawał się dla nich wewnętrznym zagrożeniem? Z drugiej strony dostrzegła, że Kakashi nie był wobec niego czujny, a przecież słynął ze swojej podejrzliwości nawet wobec motyli.
— Sakura?
Odwróciła się, zaskoczona bliskością Shisuiego. Popatrzyła w jego zmęczone oczy.
— Tak?
— Coś się stało?
Haruno zerknęła w stronę Obito, który pomagał barykadować ostatnie drzwi. Nie uważała jednak, że jego kuzyn był odpowiednią osobą, do rozmowy na jego temat.
— Nie. Jestem już zwyczajnie zmęczona.
Niespełna dwadzieścia minut później, po upewnieniu się, że drzwi nie zostaną tak łatwo sforsowane, wszyscy nieco odsapnęli. Mayako przeszła obok Sakury i uśmiechnęła się do niej słabo. Ściągnęła kurtkę i przewiesiła ją przez ramię, po czym otaksowała podejrzliwym spojrzeniem cały hol. Wszyscy w milczeniu się jej przyglądali. Więźniowie czuli do niej swego rodzaju respekt, tak jak reszta ocalałych strażników, co świadczyło o tym, jak dobrze wykonywała swoją dotychczasową pracę.
— Słuchajcie, nie będę owijać w bawełnę — powiedziała, ciężko przy tym wzdychając. Haruno wiedziała, że choroba odbiera jej resztki sił. — Jeżeli zobaczę, że komuś toczy się piana z pyska, bez namysłu go odstrzelę. Nie mam zamiaru narażać ani siebie, ani swoich bliskich, ani tych pierdków w pomarańczowych kombinezonach. Na tym etapie wszyscy wiemy, że to cholerstwo jest nieodwracalne. Kulka w łeb to wybawienie.
— Możesz nie być tak radykalna w takich okolicznościach? — Kejża uśmiechnęła się cierpko, siadając na podłodze. Była równie wykończona. — Lepsze byłyby słowa otuchy.
— Przecież was wspieram. Nikomu nie pozwolę się męczyć. — Okanao wzruszyła ramionami i odwróciła się na pięcie. — Idę się zdrzemnąć. Jeżeli mnie ktoś obudzi, oberwie.
Weszła do jednej z cel i zniknęła im z oczu. Chwilę później słychać było skrzypnięcie starego łóżka i jakieś mamrotanie, a zdjęte oficerki upadły z hukiem na podłogę. Pozostali w ciszy zajęli się sobą. Większość również odczuwała niebywałe zmęczenie, jednak nie każdy potrafił beztrosko oddać się w ramiona Morfeusza. Ichirei i Kejża doskonale wiedziały, że Mayako również tak szybko nie odpadnie. Prawdopodobnie pragnęła zniknąć z oczu ludziom, by nie zauważyli, że też jest zdezorientowana. Nie chciała jednak się przed nimi złamać — zachowanie zimnej krwi i powagi było dla nich pomocne. Panika odchodziła w niepamięć, kiedy niektóre jednostki zachowywały się tak, jakby wiedziały, co mają robić. Nawet jeżeli były to zwyczajne pozory.
Ryusaki podeszła do Kakashiego, który wymieniał jakieś uwagi z resztą swojego zespołu i Tsunade. Pewien sekret, o którym wiedziała tylko ona, Tenten i reszta ludzi, znajdujących się z nią po tej stronie więzienia, nie mógł wiecznie kryć się w cieniu.
— Słuchajcie, jest pewna sprawa, o której wam nie powiedziałam — wyszeptała, patrząc prosto w oczy Hatake. — Kiedy zeszłam do podziemi z jednym ze strażników, napotkaliśmy na swojej drodze kilkoro zarażonych.
Shisui cały się napiął. Zatajenie informacji o tym, że całe to ścierwo wciąż kręciło się w pobliżu, nie było wcale dobrym pomysłem. Ktoś nieumyślnie mógł otworzyć jakieś drzwi i wpuścić między nich zainfekowanego.
— Zabiliśmy ich… — dodała, obejmując się ramionami — jednak zdążyli dorwać się do jednego z więźniów.
— Co dalej? — Kakashi nachylił się, żeby dodać jej trochę otuchy.
— Wiem, że to nieludzkie, ale zanim się przeistoczył, wepchnęliśmy go do izolatki i tam zamknęliśmy.
Tsunade wymieniła zaciekawione spojrzenia z Hatake i podeszła bliżej Ryusaki.
— Wciąż żyje?
— Jeżeli można to nazwać życiem. W każdym razie, przeszło mi wtedy przez myśl, że to dla nas jakaś szansa. Możemy go obserwować. Zobaczyć, co będzie się z nim działo. Jak długo wytrzyma bez pożywienia i nawodnienia.
Kakashi przez chwilę obserwował Kejżę w głębokim zastanowieniu, aż w końcu gwałtownie się poruszył i chwycił ją za barki.
— Zaprowadź mnie tam!
— Mnie też — wtrąciła Senjuu. — Gratuluję trzeźwego myślenia. Mało kto wpadłby na taki pomysł w takiej sytuacji.
Kejża zabrała ich ze sobą, upewniając się wcześniej, czy Kakashi ma pełen magazynek.
— Czy każdy wie już, do której tury należy? — Głos Itachiego wypełnił hol.
Głowy ludzi poruszyły się zgodnie. Uchiha podzielił ich na dwie grupy: osoby, które miały jeszcze siłę, by pełnić dyżur i pilnować bezpieczeństwa, i tych, którzy potrzebowali wypoczynku. Choć Sakura czuła, że sen powoli siłą zamykał jej powieki, chciała zaczekać na Kakashiego. Obecni wokół niej ludzie dzielili się na pary, by zajmować cele i łóżka, a to właśnie przy Hatake czuła, że da radę nieco się rozluźnić i zdrzemnąć.
Owinęła ramionami brzuch, czując nawracający, nieprzyjemny ból. Adrenalina odpuściła jej już jakiś czas wcześniej, więc wszystkie siniaki, jak i jej dolegliwości dawały się we znaki.
— Idź się zdrzemnąć. — Shisui stanął przy niej i pogładził różowe włosy. — Tu już ci nic nie grozi.
— Wiem, ale wolę jednak zaczekać na Kakashiego.
— On i tak pewnie nie będzie chciał się na razie kłaść.
Haruno poczuła jak jego chłodne palce zsuwają się po jej skroni, po chwili dotykając rozgrzanego policzka. Uchiha wpatrywał się w zmęczone, zielone oczy. Nawet jeżeli wcześniej jego bliskość sprawiała kobiecie swego rodzaju przyjemność i przynosiła ukojenie, teraz, kiedy nieco się uspokoiła, doskwierało jej uczucie skrępowania.
— Shisui…
Nim zdążyła dodać coś jeszcze, czyjeś ramię wpadło między nich. Itachi chwycił przegub kuzyna i pchnął go lekko do tyłu, stając plecami do Haruno.
— Na za dużo sobie pozwalasz — warknął wściekle. — Nie jesteś zbyt czuły wobec Sakury? Nie wstyd ci dobierać się do dziewczyny kuzyna?
— Itachi, opanuj się… — odparł, marszcząc czoło. — Po prostu się o nią martwię, to normalne.
— Martw się, kurwa, na odległość — syknął, wciskając palec w jego klatkę piersiową. — Nie zachowuj się tak, jakby Sasuke był martwy, dobrze?
Shisui nie wytrzymał. Wiedział, że można zarzucić mu wiele, ale pewne granice zostały naruszone. Nieważne, czy w rodzinie zdarzały się jakieś konflikty, Uchiha byli ze sobą zbyt zżyci i coś takiego było dla niego plamą na honorze.
— Itachi, licz się ze słowami! — warknął i chciał zbliżyć się do kuzyna, jednak tym razem to Sakura stanęła pomiędzy nimi. Położyła dłonie na jego klatce piersiowej, chcąc go powstrzymać. — Wpadasz w paranoję! Niczego takiego nie insynuuję. Chcę tylko, by wszyscy czuli się choć trochę bezpiecznie, więc przestań rozsiewać swoją głupotę! Powinniśmy współpracować, a nie traktować się nawzajem jak wrogów. Zapanuj nad swoją wyobraźnią!
Haruno była w tamtej chwili pewna dwóch rzeczy. Po pierwsze, Itachi bywał impulsywny i często mówił za wiele. Po drugie, Shisui naprawdę był na granicy wytrzymałości. Choć wobec niej zachowywał się niecodziennie, to jednak wciąż był najbardziej opanowany, zaraz po Kakashim. Nie warto było tego burzyć.
— Chodź — szepnęła i pociągnęła go w stronę bliskiej celi. — Poczekam na Kakashiego, ale zostań ze mną. Dobrze?
Nic nie odpowiedział. Pozwolił się poprowadzić, nie chcąc już nawet patrzeć w kierunku Itachiego. Kuzyn powstrzymany przez Ichirei, również został na miejscu i próbował ochłonąć.
Haruno zdawała sobie sprawę z tego, że w ich sytuacji łatwo można było wpaść w paranoję, tak jak to ujął Shisui. Opadła na pryczę i szybko sięgnęła po koc. Normalnie pewnie by się go brzydziła, jednak w tamtej chwili był on niczym dar od samego Boga.
Zwróciła wzrok na Uchihę, który postawił krzesełko obok łóżka i usiadł. Splatał dłonie, opierając się łokciami o uda i pochylił ciało do przodu. Brudne palce zasłaniały zmęczoną twarz mężczyzny.
— Shisui — szepnęła, dotykając jego ramienia. Prędko odsunął ręce i popatrzył na nią, uśmiechając się blado. — Na pewno zostaniesz tutaj, dopóki nie przyjdzie Kakashi?
— Tak, tak. Pewnie.
Westchnęła i obróciła się na bok, przodem do niego. Oboje w ciszy obserwowali krzątających się po holu ludzi.
— Od kiedy się tu dostaliśmy, mam wrażenie, że to wszystko było złym snem — wyszeptała, dociskając ramiona do klatki piersiowej. — Boję się spotkać z nowu z tym czymś. Przeraża mnie sama myśl, że tuż za tymi ścianami znajdują się ci wszyscy odmienieni ludzie.
— Jeżeli będziemy rozważni, uda nam się przeżyć dłużej. A to zwiększy nasze szanse na otrzymanie pomocy. Nie wszystko jest stracone, Sakura. Skoro nam się udało, to na pewno znajduje się więcej ocalałych. Nie możemy tylko robić nic głupiego.
— Myślisz, że chłopaki żyją?
Shisui popatrzył na kobietę. Tym razem nie okazywała żadnych skrajnych emocji. Wydawała się pusta, pozbawiona jakiejkolwiek empatii.
— Staram się w to wierzyć. — Po jego odpowiedzi nastąpiło długie milczenie. Dziewczyna jednak nie zasypiała; wciąż obserwowała korytarz. Z kilku cel dobiegało chrapanie wykończonych ludzi. Coś mu się przypomniało. — Chorujesz na coś?
Odchyliła głowę, by na niego spojrzeć.
— Nie jestem wariatką — zażartowała, z cierpkim uśmiechem, na co pokręcił głową.
— Chodzi mi o ten napad bólu, tuż przed bombardowaniem. Pamiętasz?
— Mam chore jelita — odparła, poprawiając się na niewygodnym, wyświechtanym materacu. — Podczas stresujących sytuacji, dostaję takich boleści, że potrafię zwymiotować, a nawet zemdleć. Przez ból cała się napinam i dostaję skurczy mięśni brzucha lub innych partii. Po tych wszystkich wizytach w szpitalach, mam wrażenie, że uodporniłam się nawet na morfinę.
Wyglądał na prawdziwie zmartwionego.
— Co teraz? — zapytał, po chwili rozwijając lakoniczną wypowiedź. — Nic ze sobą nie masz, swoich leków również. Skoro napady są nieoczekiwane, w każdej chwili może cię to chwycić.
— Czas pokaże — mruknęła, wiercąc się na łóżku, by wsunąć ciało również pod kołdrę. Wiedziała, że już raczej nikogo nie obchodziło to, czy nakryje się nią, będąc wciąż w brudnych ciuchach. — Mój organizm jest tak wykończony, że już na nic nie ma siły.
— Rozumiem.
— Możesz mi coś powiedzieć? — zapytała, kiedy w końcu zajęła idealną pozycję. — Jaki był prawdziwy powód, dla którego Obito zabił Orochimaru?
Shisui rozchylił usta i na nią popatrzył. Tego się nie spodziewał.

< <> >

— Raz, raz, raz! Nie ma czasu! — zawył Madara, popychając Naruto w stronę awionetki.
Uzumaki wskoczył jako pierwszy i podał rękę Kibie, by pomóc mu wejść do środka. Następnie wyciągnął ją również do Sasuke, który zbył jego pomoc, wciąż dotknięty poprzednią sytuacją w motelu. Kapitan wsiadł jako ostatni i zatrzasnął wejście, po chwili przeciskając się na miejsce obok pilota. Założył na głowę słuchawki i dopiero potem przyjrzał się ich wybawcy.
— Gaara! — krzyknął, nie spodziewając się obecności dobrego przyjaciela. — Sam się zgłosiłeś, czy Danzou cię wysłał?
No Sabaku milczał, ustawiając autopilota, po czym odwrócił się w jego stronę i popatrzył na resztę. Miał nieprzystępną minę, przez co niepokój na nowo wkradł się w szeregi.
— Co tu robiliście? — zapytał, patrząc znowu na Madarę.
— Shimura wysłał nas na misję — odparł Uchiha. — Stawialiśmy się, chcieliśmy zostać i walczyć przeciwko Korei, ale postawił nam ultimatum.
— Tak myślałem… — odparł pilot. — Słuchajcie, Korei nie ma i nie będzie.
Fearless nie wyglądali na zaskoczonych.
— Chciałbym wam to wyjaśnić, ale sam niewiele rozumiem. Powiedzcie mi tylko jedną rzecz. Czy chcecie wracać do Danzou?
— Chcemy wrócić, by walczyć — wtrącił Naruto, marszcząc czoło. — Chcemy odnaleźć dziewczyny.
— Danzou już nas nie obchodzi. Wykonaliśmy dla niego ostatnią robotę — dodał Inuzuka.
— To wspaniale! — Gaara wyglądał, jakby z jego barków zdjęto niesamowity ciężar. — Wasz prawdziwy pilot leży martwy na lotnisku. Wiele zaryzykowaliśmy, ale wiedzieliśmy, że jeżeli żyjecie, to nie będziecie się ukrywać. Poprowadzicie nas!
— Wy? Was? — Sasuke przyjrzał się podejrzliwie pilotowi. — Gaara, o co chodzi?
— Zaufajcie mi.
No Sabaku ponownie usiadł do sterów. Powciskał kilka przycisków i skontaktował się z bazą. Chłopcy zorientowali się, że Japonia musiała odzyskać łączność, przynajmniej częściowo.
— Wracamy! Powiadomcie pułkownika Uzumakiego, że jesteśmy w komplecie!
Naruto poderwał się na nogi.
— Mój ojciec żyje?! Co z mamą?!
— Naruto, spokojnie! — Inuzuka posadził chłopaka z powrotem na miejsce. — Niedługo będziemy w domu. Wszystkiego się dowiesz.
— Zrozumiałem, bez odbioru. — Gaara znowu przełączył jakieś prztyczki i spojrzał na chłopaków. — Wojsko chce ruszyć na przeciw zarazie, chłopaki. Nie wygląda to jednak za dobrze.
— Czyli to prawda? Co dokładnie się dzieje? — Madara do samego końca chciał wierzyć, że jego wyobrażenia, rodem z amerykańskich filmów, były fałszywe.
— Tego się nie da opisać… Poszarzała skóra, sińce, tocząca się z usta piana, czerwone oczy… Czułem się, jakbym wylądował na planie podrasowanego The Walking Dead. Nikt nie wie, co to jest, czy da się to wyleczyć… Jedynym sposobem jest strzał w głowę. Zabij, by przeżyć, sami rozumiecie.
— Skąd to się wzięło?
— Nie wiemy! Wyglądało na to, że podczas bombardowania coś rozsiali. Ale gdyby tak było, już dawno wszyscy bylibyśmy zarażeni, prawda? To cholerstwo zabrało już setki ludzi. Cywile nie mieli jak się bronić, dlatego na ulice wylały się fale zainfekowanych.
— Co z resztą mieszkańców?
— Ukrywają się i czekają na pomoc… — Gaara nie wyglądał już tak radośnie. — Żołnierze zwyczajnie się boją. Są tacy, którzy chcą wyjść i walczyć, ale też tacy, którzy prędzej odbiorą sobie życie. Dlatego potrzebujemy was. Chcemy, byście nas poprowadzili.
Madara popatrzył na swoich podopiecznych. Ich motorkiem napędowym, tak samo jak i jego, było dotarcie do ich przyjaciół i partnerek. Nic nie mogło stanąć im na drodze, nieważne, czy byli to ludzie, czy dzikie bestie. W ich ręce złożono wiarę w odbicie się od dna i uratowanie ojczyzny.
— Pospiesz się, Gaara — wyszeptał kapitan, osuwając się na fotelu. — Czas działa na naszą niekorzyść.
Sasuke osunął się po ściance i zamknął oczy. Drżał. Zwyczajnie bał się tego, co zastanie w kraju i czy naprawdę będzie potrafił z tym walczyć. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyciągnął niewielkie pudełeczko. Otworzył je i zawiesił wzrok na złotym pierścionku. Wróciły do niego wspomnienia tamtego poranka. Nie mógł sobie wybaczyć tego, że pokłócił się z nią, a potem stracił. Zaczynał żałować, że szykował wszystko za jej plecami i w końcu rozumiał, czemu tak bardzo się tym martwiła. Od zawsze miewał przejawy nieplanowanej samolubności i niekoniecznie potrafił z nią walczyć.
Poczuł nacisk na piszczelu. Siedzący obok Kiba szturchnął go lekko butem i popatrzył na niego z dozą pobłażliwości. Zbili ze sobą żółwia, niemo żegnając bezsensowny konflikt. Oboje wiedzieli, że wpadli w lekką paranoję i tylko spokój mógł dać im szansę na odzyskanie wolności.

< <> >

Kejża stanęła przed grubymi drzwiami, w których umieszczono specjalne, odsuwane okienko z pancernej szyby. Wpatrywała się w nią, krzyżując na piersiach zmarznięte ramiona i zastanawiała się, czy kiedy zatrzasnęła tutaj tego niewinnego człowieka, to straciła część człowieczeństwa.
— To tutaj? — zagadał Kakashi, widząc, jak kobieta na chwilę odleciała.
— Tak, tak. — Pokiwała energicznie głową i popatrzyła na niego, a potem na Tsunade. — Nie zbliżajcie się za bardzo. Jest… dosyć energiczny.
Hatake skinął głową i podszedł bliżej. Złapał za haczyk i pociągnął okienko. Przysunął nieco twarz, czując obok Tsunade. Przez chwilę dostrzegał tylko ciemność i zmartwił się, że obiekt eksperymentalny już nie istnieje, bo sam nie wiedział, czy to, co zostawało z ludzi, właściwie żyło.
— Chyba…
Wyszeptał, lecz nim dobrze odwrócił głowę w stronę Ryusaki, coś uderzyło z impetem w drzwi po drugiej stronie. Tynk przy zawiasach zsypał się na dół, a wzrok Kakashiego spotkał w ciemnościach brunatne oczyska. Odskoczył prędko, kiedy do jego twarzy sięgnęło brudne, szare ramię. Czuł, że drży. Przypomniało mu się wszystko sprzed dotarcia do więzienia.
Tsunade obserwowała wiercące się w otworze ramię i nawet nie wiedziała, jak na to zareagować. Zaśmiała się nerwowo, dotykając skroni zdrową dłonią.
— Wciąż nie chce mi się w to wszystko wierzyć.
— Ma pani jakieś podejrzenia? — Kejża zwróciła się do niej bardzo formalnym tonem. To właśnie Senjuu załatwiła jej pracę w więzieniu, dlatego zawsze darzyła ją niebywałym szacunkiem. — Cokolwiek?
— Jedyne, co zdążyłam ustalić w szpitalu, to to, że mamy do czynienia z wirusem.
— Nie byle jakim.
Cała trójka zwróciła się za siebie. Na środku przejścia stała Ichirei. Podeszła bliżej i popatrzyła w stronę drzwi, zza których dochodziły nieprzyjemne dźwięki.
— Na pewno zorientowała się pani, że niektóre objawy jednoznacznie wskazują na rabies — wyszeptała Tennotsukai.
— Można po naszemu? — mruknął Hatake, odsuwając się od przejścia, z którego ponownie wysunęło się ramię.
— Wścieklizna? — Kejża popatrzyła na przyjaciółkę i Tsunade.
— Dokładnie — odparła kobieta — bałam się jednak, że te przypuszczenia mogą być przesadzone.
— Moim zdaniem nie — odpowiedziała Ichirei. Hatake dostrzegł w oczach dziewczyny, że zobaczyła dużo więcej niż oni w drodze do aktualnej kryjówki. — Może to, co teraz powiem, jest szalone, ale wydaje mi się, że mamy do czynienia z bardzo podkręconą, zmodyfikowaną wersją wirusa wścieklizny.
— Chcesz przez to powiedzieć, że ktoś ją… zaprojektował? — Kakashi poczuł obrzydzenie. — Co za świry!
— Zaprojektował, albo sama mutowała — kontynuowała dziewczyna. Zwróciła twarz w stronę mężczyzny. — Zdajesz sobie sprawę z tego, że chcąc nie chcąc, teraz ty tu dowodzisz? Mayako staje się tu twoją prawą ręką jako strażniczka, posiadająca broń i dobre oko, a także wiedzę o niemalże wszystkich zakamarkach w tym więzieniu. Ale to ty wzbudzasz respekt u wszystkich ludzi, którzy tu pozostali. Jeżeli zaczniesz panikować, będziemy zgubieni.
Kakashi popatrzył na swoje drżące dłonie.
— Kiedy ja jestem przerażony — odparł, zamykając oczy. — W życiu nie odczuwałem takiego strachu.
— No to widocznie potrafisz wspaniale grać. — Ichirei oparła się o ścianę. — To twoja sztuka, ale musisz improwizować i dać tym ludziom poczucie bezpieczeństwa i tego, że warto za tobą podążać. Że nas ocalisz.
— Jedno jest pewne — wtrąciła Kejża — bez broni jesteśmy zgubieni. Nie można walczyć z tym w zwarciu. Wirus musi przenosić się we krwi i ślinie. Gdyby grasował w powietrzu, wszyscy byśmy się nawzajem zjadali.
— Niekoniecznie — mruknęła Tsunade. — Być może i tak każde z nas jest już nosicielem. A zważając na nasz przypadek ze szpitala, wirus może zaatakować organizm w każdej chwili.
— Czyli wszyscy jesteśmy podejrzani?
— Na to wygląda.
— Jak duże zapasy tutaj macie? — Kakashi przerwał domniemania kobiet. — Nie możemy rozdać pistoletów każdemu, ktoś może zrobić sobie krzywde. Ale wydzielimy osoby odpowiedzialne, potrafiące posługiwać się bronią.
— Chyba nie chcesz jednej wręczyć Obito — burknęła Ryusaki. — Pamiętaj, że…
— Zabił człowieka — dokończył mężczyzna — ale to nie ma teraz najmniejszego znaczenia.
— Jest mordercą!
— Nic nie rozumiecie — warknął, grożąc dziewczynie palcem. — Odpuśćmy ten temat, to naprawdę nie jest odpowiednia chwila. W każdym razie, pozostawmy tę rozmowę tutaj. Przynajmniej na razie. Nie insynuujcie, że wszyscy mogą być zarażeni, bo wybuchnie panika.
— Więc jaki masz plan, kapitanie? — Ichirei uśmiechnęła się do niego cierpko.
— Tak jak mówiłem, zorganizuję z Mayako i Shisuim ludzi, którzy nadają się do trzymania przy sobie broni, a potem im ją rozdamy. Znajdziemy tu jakieś jedzenie?
— Może być ciężko — odparła Ichirei. — Stołówka i kuchnia znajdowały się w skrzydle budynku, z którego przyszłyśmy z Mayą. Tam jest od zajebania zarażonych.
— Niedobrze — szepnął i podrapał się po brodzie. Popatrzył w stronę okienka, za którym kryła się ohydna twarz, pokryta wybroczynami. — Zostaniemy tutaj tyle, ile się da. Może nie ma idealnych warunków, ale zawsze lepsze to, niż siedzenie na drzewach w trakcie takich temperatur. Spróbujemy z Shisuim i Itachim nawiązać jakieś połączenie z wojskiem. Nie zginiemy tutaj.
— Oby… — Ichirei zwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę holu. — Polegamy na was.
Tsunade i Kejża ruszyły za nią, a Hatake pozostał na miejscu. Wpatrywał się w podłogę, ściągając brwi. Czuł presję i odpowiedzialność, które nałożono na niego wbrew woli. Mimo to wiedział, że taki był jego obowiązek. Kiedy chciał odejść, po raz ostatni spojrzał na drzwi izolatki. Zarażony więzień wył jak zraniony wilk, na zmianę charcząc i bucząc, jakby się dławił. Machał ręką w powietrzu, próbując chwycić cokolwiek po przeciwnej stronie. Hatake sięgnął po miotłę, leżącą na ziemi i podszedł bliżej. Lutnął kijem w odrażającą twarz mężczyzny, który przewrócił się na ziemię i szybko zatrzasnął okienko.
Wziął głęboki wdech i wyszedł na hol. Rozejrzał się za Shisuim, którego w końcu wskazał mu obrażony Itachi. Hatake wszedł do celi, jednak widząc śpiącą jak dziecko Sakurę i przyjaciela, który przysypiał na siedząco, zrezygnował z wciągania go w nowe plany.
— Shisui — mruknął, dotykając jego ramienia.
Uchiha uchylił zmęczone powieki i popatrzył na przełożonego.
— Co jest?
— Nic. Wdrap się na górę i normalnie zdrzemnij — mruknął kapitan, wskazując łóżko nad Haruno. — Ja na razie nie zasnę.
— Z grzeczności nie odmówię — sapnął i wstał, po chwili dopadając zniszczonej drabinki.
Ułożył się delikatnie na materacu i nakrył byle jak kocem, nie chcąc obudzić sąsiadki z dołu.
— Obudź mnie za dwie godziny, zamienimy się — wyszeptał, kiedy Kakashi chciał wyjść. — Czekała na ciebie, ale w końcu ją zmogło.
— Chciała coś konkretnego?
Shisui uchylił jedną powiekę.
— Bezpieczeństwa.
Wiedział, o co chodziło. Wiedział też, że Shisuiemu uwłaczało to, iż Sakura wciąż wolała polegać na przyszywanym starszym bracie. Wyszedł na hol i rozejrzał się za celą, do której wchodziła Mayako. Kiedy zlokalizował jej buty, leżące na środku pomieszczenia, ruszył w tamtą stronę. Zerwał z niej brutalnie koc i kołdrę, po czym znieruchomiał.
— Mówiłam — warknęła, mierząc do niego na oślep z pistoletu — że jak ktoś mnie obudzi, oberwie.
Wzdychając, odsunął jej dłoń i zabrał całkowicie nakrycia, kiedy zaczęła po nie sięgać.
— Porąbało cię?! Mówiłam, że chcę odpocząć, draniu! — wycedziła przez zęby, kiedy kopnął buty pod samo łóżko, dając jej znać, żeby się zamknęła i pospieszyła. — O co ci chodzi?
— Wyśpisz się na drugiej zmianie — odparł.
Widział, że nie była zdrowa. Dostrzegał te same objawy, co Sakura. Nie mógł jednak odpuścić.
— Kiedy ja chcę wyspać się teraz!
— Mayako! — ryknął, przez co echo jego głosu przebiegło przez cały hol.
Kilka zaciekawionych par oczu zajrzało do środka.
— Dobra, zamknij się już — fuknęła i usiadła na brzegu materaca, by założyć buty. — Czego chcesz?
— Musisz mi pomóc.
— W czym? — prychnęła, wciągając na nogi oficerki. — W czym ja mogę ci pomóc, Kakashi?
Podniosła się i stanęła naprzeciwko niego, podpierając boki. Była niższa o głowę, jednak po raz pierwszy w życiu miał wrażenie, że stanęła z nim jak równy z równym.
— Chcesz mnie wciągnąć w swoją grę? W udawanie, że niczego się nie boimy i wyprowadzimy stąd tych ludzi? Przykro mi, ale to nie dla mnie. Ty jesteś wykwalifikowanym policjantem, tak jak cały twój zespół. Polegaj na nim.
— Ale to ty znasz ten budynek najlepiej.
— I co w związku z tym? Nie mam pojęcia, gdzie kryją się te ścierwa. Mogą być wszędzie. Moja wiedza nie jest już taka praktyczna. Mogę wrócić do spania?
— Mayako, zrozum, że chcę na tobie polegać. I wiem, że mogę. To, kim jesteś teraz, to jedno. To, kim byłaś kiedyś, drugie.
— Nie wyciągaj brudów z przeszłości, zasrańcu!
— Te brudy mogą uratować nam życie! — Chwycił ją za ramiona i lekko potrząsnął. — Chcesz tu zginąć?
— Kakashi, od trzech lat moim jedynym celem są pierdolone puszki po konserwach, do których strzelałam sobie na spacerniaku, by rozerwać trochę siebie i znudzonych więźniów — odparła, odsuwając się. — Nie oczekuj ode mnie cudów. Mogę ci pomóc i zrobię to, ale nie biorę odpowiedzialności za to, co spotkamy na drodze.
— To mi wystarczy — odpowiedział i poczochrał jej włosy, przez co na nowo się wściekła. — Z tobą, Shisuim, Itachim, Rin i Obito, jakoś sobie poradzimy.
Dziewczyna prychnęła. Popatrzył na nią zdziwiony.
— Dobry wybór — mruknęła, wychodząc z celi. — Obito na pewno się nada.
Wyszła przed celę i przeciągnęła się, będąc po chwili zagadaną przez jednego z rannych strażników.
Hatake wiedział, że mogło im się udać. W tej patowej sytuacji, dużym plusem było to, kto znajdował się wokół niego. Jedynym warunkiem było odpowiednie wykorzystanie szansy, jaką im dano i zjednoczenie sił.
— Poradzimy sobie — wyszeptał zaciskając pięści.




Od autorki: Następny rozdział już się pisze.
Nie wydaje mi się, żeby zeszło mi z nim jakoś długo, serio. Lubię pisać, kiedy jest akcja, a tam będzie właściwie sama akcja. Nie mam też za wiele do dodania. ;-; Wrzuciłam przejściową piosenkę. Ta, która pojawi się z następnym rozdziałem powinna od razu zaznaczyć, co będzie się działo w jego treści.

Dzięki Kayo. <3 Zdrowiej kochanieńkie maleńkie moje. <3

CREATED BY
MAYAKO