5 października 2017

VI. Utracony azyl

Everything we've done has made us all that we have been and we've become
Oh we are not alone ,everyone's gone and now we're without a home
We have destroyed both of our lives


Brother, were left to be each other's purpose
Brother, my sentinel, the tempest is upon us
We are now each other's responsibility


All alone in spite of everything that's true
I have everything to do with you
We all failed to stop what came to pass
Winter's come and everyone will sleep at last
Les Friction — This is a call


Jeżeli zobaczę, że komuś toczy się piana z pyska, bez namysłu go odstrzelę.
— Ja pierdolę!
Awionetka szykowała się do lądowania. Choć widoczność była ograniczona przez nieustającą śnieżycę i nie mogli dostrzec jeszcze prawdziwych zniszczeń, chłopcy i tak czuli się zdruzgotani. Pomarańczowe punkty, które wcześniej wyglądały jak pinezki wciśnięte w tablicę, powoli zaczynały nabierać kształtu płomieni trawiących zgliszcza.
— Ja pierdolę! — powtórzył głośniej Inuzuka.
Madara w milczeniu obserwował postapokaliptyczny obraz, rozciągający się pod nimi. Czuł, jakby serce miało zaraz wyskoczyć mu piesi. Spędził tam całe życie; dzieciństwo, szczeniackie podboje. Pierwszy raz się zakochał, pierwszy raz się upił, pierwszy raz całował dziewczynę. Całe jego życie związane było z tym miastem; wszystkie te wspomnienia płonęły razem z nim.
— Szpital… — wyszeptał Sasuke, który przylepił czoło do szyby. — Tam był szpital…
Naruto się nie odezwał. Bolało go gardło od nieprzyjemnej guli, jaka się tam pojawiła. Plątał w nerwach palce dłoni, które boleśnie i głośno strzykały. Miał ochotę wrzeszczeć, płakać. Miał ochotę rzucić się na podłogę i zacząć po niej tarzać. Bał się oglądać to wszystko. Wiedział, że jeżeli to zrobi, całkowicie się złamie.
— Cała stolica tak wygląda — mruknął Gaara. Jego wcześniejszy entuzjazm na widok chłopaków zdążył się ulotnić, kiedy znaleźli się w strefie powietrznej Japonii. — Więzienia, szpitale, galerie handlowe, szkoły, uczelnie. Uderzali w miejsca, w których znajdowało się jak najwięcej ludzi.
— Czemu nam to zrobili? — wyszeptał nerwowo Uzumaki. — Już nic nie rozumiem.
— Nie jestem w stanie tego wyjaśnić, naprawdę. Wszystko opowie wam twój ojciec. On już poukładał sobie to w głowie. Ja wciąż mam spory mętlik i jedyne, co mogę robić, to wypełniać rozkazy.
— Ludzie! — zawył Kiba. Aż podniósł się z fotela, chcąc dobrze przypatrzeć się licznym punktom, poruszającym się po ulicach. — Widzę ludzi!
No Sabaku wyjrzał przez okno i westchnął. Przeniósł wzrok na obserwującego go Madarę i pokręcił przecząco głową.
— To nie są ludzie, Kiba.
Zamilkli. Pilot sprowadzał maszynę coraz niżej, aż w końcu zaczęli dostrzegać słabo odśnieżony pas do lądowania. Sasuke zwrócił uwagę na trzy opancerzone samochody, wokół których dostrzegał uzbrojonych po zęby ludzi.
— Gaara, jesteś pewny, że przylecieliśmy w dobre miejsce? — zapytał niespokojny.
— Tak — odpowiedział — nie martwcie się. Oni są tu po to, by nas chronić. Przypnijcie się, zaraz siadamy.
Rzeczywiście kilka minut później awionetka zetknęła się gwałtownie z podłożem. Śnieg wzbił się w powietrze, odcinając ich od widoku. Kiedy przestała się poruszać, a biały puch opadł, chłopcy wciąż siedzieli na swoich miejscach. Nie wyglądali na przekonanych.
— Czy wy przestaliście mi ufać? — zapytał pilot, odkładając słuchawki na kokpit.
W tym momencie Kiba odsunął się gwałtownie od wejścia i sięgnął po pistolet, tak samo jak Sasuke. Ktoś złapał za klamkę i odsunął drzwi. Oczom zespołu ukazał się wysoki mężczyzna, którego głowa kryła się pod puchatym kapturem; pół twarzy zakrywały pomarańczowe gogle, a resztę materiał kominiarki. Widząc celujących w niego chłopaków, wzniósł ramiona w pokojowym geście. Odwrócił lekko głowę w stronę Naruto, który trzymał się za pasek spodni, by w razie czego również dobyć broni.
— Będziesz strzelał do własnego staruszka? — zapytał, śmiejąc się przy tym. — Gratuluję czujności, Fearless, ale przypominam, że od przeszło dziesięciu lat przynajmniej raz w miesiącu razem grillujemy.
Uzumaki westchnął i opuścił luźno ramiona, tak jak reszta chłopaków. Naruto dosłownie wyskoczył z maszyny. Objął mocno ojca i dał się poczochrać po głowie.
— Co z mamą?
— Jest bezpieczna — odparł spokojnie mężczyzna. — Chodźcie! To nie jest odseparowane miejsce. Mogą pojawić się w każdej chwili!
Żołnierze od razu domyślili się, o co mu chodziło. Prędko wskoczyli do ciężarówki, uciekając również przed siarczystym mrozem. Kierowca zatoczył maszyną koło, by zawrócić i pognał za innymi.
Minato zsunął z głowy kaptur, a także odsłonił twarz. Chłopcy od razu zorientowali się, że ktoś dotkliwie go pobił. Podbite, przekrwione oko i siniaki na całej buzi widoczne były nawet w półmroku.
— Jak się trzymacie?
— Fizycznie dajemy radę, chociaż przydałoby nam się kilka godzin snu. Jedynie Kiba oberwał w Pyongyang w ramię — zakomunikował kapitan oddziału. — Nie mogę jednak powiedzieć tego samego o stanie psychicznym.
Uzumaki od razu domyślił się, o co chodziło jego koledze.
— Słuchajcie — zaczął cicho, widząc grobowe miny chłopaków. — Zaraz znajdziemy się w bezpiecznym miejscu, gdzie będę miał dla was trochę wieści. Podczas waszej nieobecności wydarzyło się naprawdę wiele i musimy z tym walczyć.
Odpowiedziało mu jedynie zbiorowe milczenie. Wyciągnął rękę przed siebie i położył ją na ramieniu Sasuke, siedzącego naprzeciwko niego.
— Niczego nie mogę wam zapewnić — wyszeptał — ale one mogą żyć. Zawsze jest nadzieja. Dopóki nie znajdziemy ich martwych, nie macie prawa przestać wierzyć, rozumiecie?
— Tch — syknął Kiba. — W końcu ktoś podziela moje zdanie!
Chłopcy zostali szybko przetransportowani do wielkiej hali, obstawionej przez wielu żołnierzy. Nie zdołali ujrzeć z bliska żadnego zainfekowanego człowieka. Śnieżyca ograniczała widoczność, a Minato wciąż ich popędzał, nie chcąc wystawiać na niebezpieczeństwo.
W drodze do podziemnej jednostki, służącej jako schron, dowiedzieli się, że ojciec Naruto dowodził ruchem oporu, stworzonym na rzecz ratowania ludności cywilnej.
— Szef postawił się Danzou i szybko zebrał rzeszę swoich popleczników, którzy zostali wygnani z jednostki, służącej Shimurze jako kryjówka — mruknął Gaara. — Zabarykadowali się i dali nam do zrozumienia, że dopóki nie poprzemy decyzji Danzou, nie znajdziemy u nich ratunku.
— Jakiej decyzji? — Sasuke przyjrzał się No Sabaku, kiedy wpadli na jakiś zaludniony korytarz.
— Oddania Japonii wirusowi.
Chłopaki byli z każdą chwilą coraz bardziej przerażeni.
— Żołnierze wychodzą na ulice Tokio i przyprowadzają ze sobą ocalałych. — Minato zatrzymał się przed grubymi, żelaznymi drzwiami. Przyłożył do czytnika kartę i wpisał pin. — Opuszczamy schron w grupach, liczących około dwudziestu osób. Choć ponosimy ofiary, nie zrezygnowaliśmy ze swojego obowiązku i poczucia misji ratowania bezbronnych ludzi.
Pomieszczenie pełne było różnorakiego sprzętu i zabieganych ludzi. Chłopcy uciekali pod ścianę, by przypadkiem nie wejść nikomu pod nogi. Znajome twarze wykrzykiwały coś do siebie, nosiły sterty papierów i starały nie wchodzić sobie w drogę. Sasuke miał wrażenie, że dostał się do mrowiska, w które chwilę wcześniej wetknięto kij. Wiedział, że to jednak wciąż nie oddawało w maksymalny sposób powagi sytuacji, z jaką mieli się zmierzyć.
— Witam was w punkcie dowodzenia — zakomunikował Minato, rozpościerając ramiona. — Jak widzicie, nie mamy łatwo. Ocalały tylko trzy helikoptery i kilka czołgów — tłumaczył Uzumaki — a także ta awionetka. Niestety ten pryk, Danzou, nie chciał podzielić się z nami ich zasobami, więc radzimy sobie, jak możemy. Co kilka godzin pojawia się tu spory transportowiec z Prefektury Fukushimy, który zabiera jak najwięcej cywilów i dowozi nam broń. Czasem zostawią też swoich ludzi. Stany, Anglia, Polska i Czechy również zbierają posiłki.
— Chce pan powiedzieć, że w końcu udało się skontaktować z kimś z zewnątrz? — Sasuke popatrzył na jedną z map, na której zaznaczono największe ogniska choroby.
— Tak — odpowiedział, kiwając energicznie głową. — Nasi technicy najpierw skomunikowali się z kilkoma jednostkami w Japonii i wspólnymi siłami udało nam się nawiązać połączenie z polską ambasadą w Chinach. To oni rozpuścili informację w świecie. Sęk w tym, że mało kto chce tak ryzykować…
— Ryzykować co? — Madara popatrzył wyczekująco na przyjaciela, z którym spędził kilka lat w wojsku.
Minato rozchylił zaniepokojony usta. Zza niego wyłonił się wysoki, szczupły mężczyzna. Rzucił na biurko kilka pokreślonych raportów i poprawił okulary. Zerknął na chłopaków, a potem na swojego przełożonego. Poczochrane, kasztanowe włosy i wory pod oczami w jawny sposób zdradzały jego zmęczenie.
— Stany dotrą tu najszybciej — powiedział, wbijając palec w plik papierów. — NATO wyraziło zgodę na ich udział ze względu na potęgę militarną. Co do Polski, Czech i Anglii, wciąż trwają jakieś dyskusje.
— To niedobrze… — wyszeptał Minato. Westchnął głośno i wskazał na bruneta ręką. — Przedstawiam wam naszego tymczasowego analityka. Akai Tsuki, pomaga mi utrzymać wszystko w ryzach, łącznie z moimi nerwami.
Chłopcy skinęli do niego głowami. Tylko Kiba podszedł bliżej i zarzucił mu ramię na barki.
— Każdego bym się tutaj spodziewał, ale nie ciebie — zaśmiał się, czochrając głowę okularnika. — Myślałbym raczej, że cię pożarli.
— Specjalnie, ku twojemu niezadowoleniu, udało mi się przeżyć, Inuzuka.
Na twarzy Tsukiego pojawił się ironiczny uśmiech. Sasuke obserwował go w skupieniu. Wyraźnie dostrzegał, że łączyła ich jakaś wspólna, niekoniecznie przyjemna, przeszłość. Powietrze pomiędzy tą dwójką można było ciąć nożem.
Minato zacisnął usta, wszedł pomiędzy chłopaków i odchrząknął głośno.
— Czy wam się to podoba, czy nie — wymamrotał, znacząco patrząc na Kibę — Akai zaprowadzi was teraz do mojego biura i zaraz wyjaśnimy wam, z czym w ogóle mamy tutaj do czynienia.
Nim ktokolwiek z Fearless zdążył zadać pytanie, Uzumaki poszedł do oczekujących go ludzi. Tsuki westchnął i skinął głową, by poszli za nim. Kiedy tylko wygodnie rozsiedli się przy starym biurku, do środka weszła młoda dziewczyna. Poinformowała ich, że po naradzie mają pojawić się w prowizorycznej stołówce, gdzie dostaną ciepły posiłek, a następnie ktoś zaprowadzi ich do noclegowni.
— Skąd się znacie? — zagaił Naruto, zerkając na nowego sprzymierzeńca, który wycierał okulary o koszulkę.
— Hm… — Akai założył szkła na nos i popatrzył w ekran laptopa. — Nie wiem, ile wiecie o prywatnym życiu zarówno jego, jak i Mayako, więc wiele wam powiedzieć nie mogę. W każdym razie, wspólnie zapisaliśmy kilka kart w historii.
Sasuke miał wrażenie, że Tsuki podchodził do nich bardzo lekceważąco. Nie wiedział, czy takie miał usposobienie, czy może obecność Kiby działała mu na nerwy, ale wydawało mu się, że widzi w nim kilka podobieństw do siebie. Zdawał sobie również sprawę z tego, jak cholernie Inuzuka potrafi zaleźć ludziom za skórę, więc przestał interesować go ich wewnętrzy konflikt.
— Okay, skopiuj mi to i przynieś za jakieś piętnaście minut — wyszeptał Minato, nie pozwalając wejść za sobą do środka jakiemuś chłopakowi. — I postaw mi tu kogoś. Niech nikt nam na razie nie przeszkadza.
Zamknął drzwi i obszedł biurko. Stanąwszy obok Tsukiego, przeciągnął się i po chwili zajął krzesełko, patrząc wyczekująco na podwładnego.
— Ja? — Akai wyglądał na niezadowolonego.
— Ty — odparł krótko. Wzrok okularnika zmusił go jednak do uzasadnienia. — To ty się tym wszystkim zajmujesz, ty to rozpracowałeś i ty tu właściwie zarządzasz. Ja tylko mam podnosić morale przestraszonych ludzi.
Tsuki przewrócił oczyma i popatrzył na chłopaków. Wgapiali się w niego, oczekując wyjaśnień. Zdjął wojskową kurtkę i przewiesił ją przez oparcie swojego siedziska, po czym zamknął oczy.
— To wścieklizna.
Sasuke poczuł się tak, jakby ktoś wysadził w jego głowie bombę. Czuł, jak zbladł, zdrętwiały mu kończyny, a serce dla odmiany biło jak oszalałe. Długo myślał nad tym, co im powiedzą, ale nawet przez chwilę nie przeszło mu przez myśl coś takiego. Nie mógł uwierzyć, że Sakura mogła paść ofiarą czegoś tak przerażającego.
— Jesteś pewny? — zapytał ożywiony i zdenerwowany Uzumaki. — Przecież ludzie od tego umierają! A ci na zewnątrz, z tego co zdążyłem zrozumieć, są całkiem żywotni!
— Naruto, zamilcz — nakazał mu Madara. — Niech skończy, potem będziesz się burzył.
— A-ale...
— Powiedziałem, zamilcz.
— Dziękuję. — Akai odchrząknął i popatrzył na syna swojego przełożonego. — Pomyślałem o tym samym, co ty. Ale badania nie kłamią. Kiedy udało nam się tu sprowadzić zwłoki jednego z tych potworów, wykonano testy biologiczne. Nie ma potrzeby, bym dokładnie wam to tłumaczył, bo po prostu nie zrozumiecie laboratoryjnej paplaniny. To wścieklizna. Zmutowana wścieklizna. Ludzka wścieklizna.
— Jak się tu dostała? — zapytał Sasuke. — Przez to bombardowanie? Gdyby tak było, wszyscy byliby chorzy, prawda?
— Trafne spostrzeżenie. — Tsuki wycelował w niego długopisem. — Zdążyliśmy ustalić, że ta akcja była zaplanowana i rozpoczęta już wcześniej. Przypominam, że zbombardowano jedynie Nagoję, Kioto i Tokio. Tam pojawiły się ogniska wirusa. Na pierwszy rzut oka właśnie tak to miało wyglądać. Broń biologiczna, masowe zarażenie za pomocą bomb. — Zamilkł i zdjął okulary. — Wtedy coś zrozumiałem. Tuż przed bombardowaniem miałem okazję wykonywać badanie na nieboszczyku, który następnie trafił w ręce Tsunade. Był to bezdomny facet, który zginął od strzałów policjantów, kiedy zaczął się dziwnie zachowywać w sklepie na terenie Itabashi.
Sasuke zachłysnął się powietrzem. Momentalnie uderzyło w niego wspomnienie mężczyzny, którego mijał z Sakurą na kilka dni przed bombardowaniem.
— Kiedy wykonywano przy mnie badania, w jego krwi nie odnaleziono wirusa. Zmarł z przyczyn niemożliwych do określenia. Jednak jego ciało… Było bardzo podobne do tych wszystkich popaprańców, którzy biegają teraz po ulicach. Rozumiecie, do czego zmierzam?
— Był zainfekowany? — mruknął Kiba. — To dlaczego badania wtedy niczego nie wykazały?
Akai wstał od biurka i oparł się o ścianę. Wyglądał na zdenerwowanego.
— Nie wiem, jak najprościej wam to opisać… — Westchnął i wzruszył ramionami. — Koreańczycy dostali się do tych trzech miast. Wybrali kilka ofiar, którym wszczepili serum z niewykrywalnym i uśpionym wirusem. Ci ludzie mieli jakieś objawy, tak jak ten typ z Itabashi. Agresja, dziwne bruzdy na ciele, pobudzenie. Oni już byli chorzy. Nadążacie?
Chłopcy pokiwali głowami.
— Super. To teraz będzie trudniej. Wirus się nie rozprzestrzeniał, bo, tak jak wspomniałem, był uśpiony. Tkwił w ciałach może piętnastu osób w mieście, a może trzech, nie wiem. W każdym razie, bombardowanie zrobiło swoje. Ładunki uderzyły w strategiczne punkty, wybiły pełno niewinnych ludzi, a przy okazji rozpyliły coś, co w kontakcie z zarażonymi przebudziło wirusa. — Akai czuł na sobie strwożone spojrzenia chłopców. — Sami rozumiecie… Na dobrą sprawę, na każde miasto mógł przypadać jeden zarażony. Po aktywowaniu komórek wścieklizny rozpoczął łowy i skrupulatnie zarażał dalej, rozmnażając się z prędkością światła.
Grobowa cisza przejęła pomieszczenie. Sasuke czuł, jak cały drży. Nie był w stanie przyjąć podanych informacji do wiadomości.
— To proste — kontynuował Tsuki. — Jedno ugryzienie i jesteś skończony. Jedynym ratunkiem jest strzał w głowę, nic więcej. Wirus w kontakcie z krwią czy śliną prędko przedostaje się przez organizm, prosto do mózgu. Przejmuje go w przeciągu kilku sekund i zamienia cię w bezlitosnego potwora, zaprogramowanego do kąsania bezbronnych ofiar. Uprzedzając bezsensowne pytania: na to nie ma lekarstwa.
— Jak z tym walczyć? — jęknął Naruto.
— Zabijać, synu — wyszeptał jego ojciec. — Nie ma innego sposobu.
— Mamy w ogóle jakieś szanse? — Madara jako jedyny wyglądał na opanowanego.
— Owszem — odparł Akai. — Ewakuujemy cywili, którzy przeżyli. To bardzo ważne, bo dzięki temu to ścierwo traci pożywkę i kolejne nośniki. Zarażeni nie opuszczą granic miasta, dopóki mają na co polować. Tokio, Kyoto i Nagoja zostały poddane kwarantannie. Prawie w każdym mieście znajdują się jakieś jednostki wojskowe. Ludzie są informowani o bezprecedensowym zakazie opuszczania domów. Przymusowo mają barykadować drzwi i przebywać w pomieszczeniach bez okien, żeby nie przyciągać uwagi zarażonych. Oczywiście, że tylko łatwo sobie to wyobrazić, a z wykonaniem będzie trudniej, ale jest szansa, że nam się to uda.
— Japonia może zostać uratowana przed destrukcją, tylko wtedy, kiedy odseparujemy wirusa — wyszeptał Minato. — Dlatego czekamy na wsparcie z innych krajów.
Fearless trawili przekazane wieści. Żadnemu z chłopaków nie mieściło się w głowie, że scenariusze, które mieli szansę oglądać jedynie w filmach, właśnie przenosiły się do rzeczywistości. Każdego z nich nawiedzała jednak ta sama, przerażająca myśl. Co, jeżeli którakolwiek z dziewczyn padła ofiarą śmiertelnej gorączki?
— Musicie wiedzieć o czymś jeszcze.
Wzrok chłopaków skupił się na Akaiu. Mężczyzna z powrotem wsunął na nos okulary i splótł ramiona na klatce piersiowej.
— To był sabotaż.


< <> >


Shisui otworzył powieki. Przez chwilę miał nadzieję, że to wszystko wydarzyło się tylko i wyłącznie w jego koszmarze, ale skostniałe od chłodu ciało i obskurny sufit celi, przypomniały mu, gdzie się znajdował.
Delikatnie usiadł na materacu i potarł dłońmi zmęczoną twarz. Bolało go całe ciało, a w szczególności głowa. Wychylił się do przodu, by sprawdzić co z Sakurą. Spała jak zabita.
Zeskoczył na dół, starając się robić to jak najciszej. Wyszedł przed celę, przeciągając się i ziewając. Wszyscy wokół wyglądali, jakby wyzionęli ducha.
— Kakashi — mruknął, podchodząc do przyjaciela, siedzącego przy schodach na wyższe piętro. — Ej, Kakashi!
— No? — burknął, potrząsając głową. — Co się dzieje?
— Idź się przespać — nakazał, pomagając mu wstać. — Mi już wystarczy.
Hatake z wdzięcznością pokiwał głową i prędko skierował się do celi, w której drzemała Haruno.
Uchiha rozejrzał się dookoła, czując ssanie w żołądku. Był głodny, ale pamiętał, co powiedziały dziewczęta. Stołówka i kuchnia znajdowały się po drugiej stronie barykady. Zdobycie pożywienia graniczyło z cudem, zresztą nie wiedział, czy włożyłby do ust coś, co znajdowało się tak blisko zainfekowanych. Wciąż nie mieli pojęcia, czy zarażano się tym jedynie przez ugryzienie.
Mężczyzna chciał znaleźć sobie jakieś zajęcie, ale kompletnie nie wiedział, w co mógł włożyć ręce. Popatrzył, jak Ichirei i Kejża wysłały gdzieś Ino. Yamanaka zniknęła za żelaznymi drzwiami, które głośno zaskrzypiały.
— Myślę, że ma rację.
Popatrzył w stronę Tsunade i Mayako. Głos Okanao nieco go rozbudził. Choć nie darzyli się wzajemnie sympatią, podzielał zdanie Kakashiego. Ona mogła im pomóc.
— O, wróg publiczny przybył — skomentowała strażniczka, miętosząc w palcach jakąś kartkę.
— Nie wydaje mi się, by ktoś poza tobą miał ze mną problem — odparł Uchiha.
— Tak? — zaśmiała się i skinęła głową na celę, w której drzemał Itachi. — Nawet rodzina ma ochotę skopać ci dupę.
Skrzywił się i pokazał jej język, po czym popatrzył na zamyśloną Senjuu.
— O czym ćwierkacie?
— Ichirei jest przekonana, że to wścieklizna — odparła Tsunade. — Jeżeli to się potwierdzi, mamy naprawdę spore kłopoty.
— Skąd te przypuszczenia? — Mężczyzna oparł się o ścianę.
Okanao oderwała kawałek papierka i zrolowała go w kulkę. Chwilę myślała i cisnęła nim o podłogę.
— Widziałeś kiedyś człowieka, zarażonego wścieklizną? No wiesz, po ugryzieniu przez zwierzę.
— Nie — odparł krótko i wzruszył ramionami. — Wiem tylko, że nieleczona doprowadza do śmierci.
Tsunade potwierdziła jego słowa krótkim skinieniem głowy.
— Z tego, co zdążyłam się dowiedzieć, w waszym prosektorium znalazł się jeden z zarażonych. — Okanao popatrzyła na Senjuu, która potwierdziła to kolejnym kiwnięciem. — Był martwy, co nie? Ale się przebudził. Już jako to coś.
— Tak. — Shisui się ożywił. — Byłem przy tym.
— No widzisz. — Mayako poprawiła się i usiadła wygodniej na starej skrzyni. — Musiał być zarażony jeszcze przed śmiercią. Ale zanim go zastrzelono, nie wyglądał jak ci wszyscy, którzy pustoszą nasze miasto. Tak jakby to w nim istniało, ale ukrywało się.
Tsunade i Shisui obserwowali, jak dziewczyna gestykuluje w skupieniu rękami.
— Dopiero, kiedy doszło do bombardowania, pokazało pazurki. Jakby dostało komunikat: atakuj.
— Skąd o tym wszystkim wiesz? — Uchiha ściągnął brwi. — Ktoś opowiadał ci o wydarzeniach w prosektorium?
Strażniczka pokręciłą głową.
— Coś podobnego wydarzyło się tutaj. — Jej wzrok poszybował w kierunku Ichirei. — Kilka dni temu dostarczono czterech więźniów z tego zakładu, w którym przebywał Obito. Razem z nimi wrzucono nam niepozornego chłopaczka. Rude to to, na nosie krzywe okulary, nie odzywał się, a ludzi unikał jak ognia. Mimo tego, że nikt go tutaj nie szkalował, wciąż się izolował. Po jakimś czasie zauważyłam, że dziwnie się zachowuje. Prosił jedynie o koszule z długim rękawem, nie zdejmował kaptura, chodził pod prysznic tylko wtedy, kiedy praktycznie nikogo tam nie było i temu podobne rzeczy. Przestałam przykuwać do tego uwagę, bo pomyślałam, że zwyczajnie ma coś z głową.
Tsunade i Shisui wymienili spojrzenia, od razu myśląc o trupie, którego dostarczono do szpitala przed bombardowaniem. Możliwe, że chłopak, o którym mówiła Mayako, miał podobne symptomy i starał się to ukryć.
— Gdy nas zbombardowano, wielu więźniów i strażników przysypał gruz. Zginęli na miejscu. Nie mogłyśmy im pomóc. Kiedy zaczęłam wszystkich zbierać w kupę, chcąc zaprowadzić ich tutaj, zaczęło się… — Dziewczyna aż się wzdrygnęła. — Dantejskie sceny, rozumiecie? Ten rudy zaczął skakać po stołach, wyć, rozrywać ubrania. Wtedy zobaczyłam pierwszego z nich. Czerwone ślepia, sina skóra, piana na pysku. Wyglądał jak opętany. Wydałam rozkaz do strzelania, ale żadna kula nie zrobiła mu krzywdy. Dostał w serce ze trzy razy!
Mayako wplątała palce we włosy. Shisui wiedział, że choć kreowała się na twardą babkę, w środku była tak samo przerażona jak inni.
— Zaczął rzucać się do pobliskich więźniów. Gryzł ich. Bił. Naprawdę, wyglądał, jakby coś w niego wstąpiło. Myślałam, że oni umierają. Jednak podnosili się po kilku chwilach. Charczęli, wyginali ciała. W życiu nie widziałam czegoś takiego. Byłam pewna, że to koniec. — Westchnęła i oparła potylicę o zimną ścianę. — Wtedy sama wyciągnęłam broń. Wycelowałam w głowę jednego ze strażników, który zaczął na nas szarżować. Upadł i się nie podniósł. Zrozumiałyśmy z Ichirei, że to coś natychmiast przejmowało mózg, a reszta się nie liczyła. Gdybyśmy pourywali im nogi, czołgaliby się za nami.
— Czyli mamy jakiś punkt zaczepienia — wyszeptał Shisui. — To dziecko, które Sakura chciała uratować. Dopiero kiedy zmiażdżyłem mu głowę, przestało się ruszać. Wiemy, w co uderzać.
— Musimy mieć na uwadze, że te bestie są naprawdę zwinne. — Tsunade zmrużyła oczy. — Co z tego, że odstrzelisz dwóch przed sobą, skoro cała setka otacza cię z innych stron. Jeżeli będziemy chcieli się stąd wydostać, to bez skrupulatnego planu się nie obejdzie. Wracając jednak do sedna, wciąż zastanawia mnie to, dlaczego ten trup ożył. Minęło kilka dni, od kiedy go zabito.
— Oberwał w głowę? — zapytała Mayako.
— Nie — odparł Uchiha. — W serce i w brzuch.
Dziewczyna zrobiła minę, dając im do zrozumienia, że wszystko jasne.
— Komunikat, zmuszający wirusa do atakowania organizmu. — Tsunade zamknęła powieki. — To by wyjaśniało ożywienie naszego trupa i nagły atak wirusa u waszego więźnia.
— Chcesz powiedzieć, że ktoś stał z pilocikiem i czekał, aż będzie mógł wcisnąć start? — zakpił Shisui.
— Tak — odparła Senjuu. Otworzyła szerzej oczy. — Tak! Właśnie o to chodzi! Może coś musiało wywołać reakcję. Zarówno my, jak i wy, posiadaliśmy zainfekowanego, którego organizm, po otrzymaniu bodźca, został przejęty przez zarazę. Może taki był cel Koreańczyków. Skoro wasz jeden więzień zaraził w przeciągu kilku chwil pół placówki, nasi wrogowie nie potrzebowali wielu nośników dla wirusa. Wystarczyło im dosłownie kilka osób, które miały zająć się resztą.
— Wspaniale! — Mayako klasnęła w dłonie i zeskoczyła ze starej skrzyni. Do twarzy miała przylepiony cierpki uśmiech. — W końcu mamy jakieś rozeznanie w sytuacji. Czuję się nieco pewniej. A teraz idę na górę.
— Po co? — Shisui wbił wzrok w jej plecy, a następnie w twarz, kiedy odwróciła się w ich kierunku.
— Może uda mi się dostać do pokoju socjalnego. Tam jest większe okno niż w celach. — Wskoczyła na schody. Uchiha nie umknęło to, że dotknęła broni, chcąc sprawdzić, czy na pewno jej gdzieś nie zgubiła. — Sprawdzę, w jak wielkim gównie pływamy.
— Powodzenia — odparł, czując na karku chłodny powiew.
Przeszły go dreszcze.


Ino stąpała prędko korytarzem, chcąc wrócić do swoich. Od kiedy Kejża dała jej do zrozumienia, że powinna zachować trochę ogłady, bała się odezwać do kogokolwiek. W końcu po kilku namowach Saia podeszła do Ryusaki i zapytała o zajęcie. Ichirei, widząc niechęć swojej przyjaciółki, wysłała Yamanakę po resztę kompletów prześcieradeł, które mogły służyć za jakiekolwiek okrycia. Chłód przedostawał się do wnętrza budynku przez wszystkie wyrwy, więc jego tymczasowi rezydenci zwyczajnie marzli.
Zatrzymała się gwałtownie i odwróciła za siebie.
— Jest tu ktoś? — warknęła, spoglądając we wnętrze korytarza. — Halo!
Zastanawiała się, czy przypadkiem nie wpadała w paranoję. Od kiedy napotkali na swojej drodze zainfekowanych, każdy szmer i ruch wprawiały ją w przerażenie i mdłości. Spięła się i ruszyła, stawiając spore kroki. Stanęła jednak przy drzwiach izolatki.
Słyszała, jak Kakashi i Tsunade rozmawiali o tym, co znajdowało się w środku. Choć cholernie bała się zarażonych, zainteresowanie brało nad nią górę. Każdy był ciekawy tego, z czym mieli do czynienia i czy istniały jakiekolwiek szanse na zwalczenie wroga. Zlękła się, gdy kopnęła kij od szczotki, leżący na ziemi.
Zagryzła dolną wargę i zacisnęła powieki.
— Boże, jaka jestem głupia! — syknęła i podeszła bliżej drzwi.
Ostrożnie złapała palcami niewielki uchwyt i przesunęła drzwiczki. Zbliżyła twarz do okienka i zajrzała do środka, gotowa do tego, by w każdej chwili szybko odskoczyć. Ich więzień krążył po wnętrzu, prawdopodobnie jej nie wyczuwając. Przynajmniej nie na początku.
— Ohyda — wyszeptała, zaciskając mocniej palce na pościeli.
Obiekt jej obserwacji w końcu się zatrzymał. Spoglądał w jej kierunku; czerwone ślepia odznaczały się mocno na tle jasnej skóry, pokrytej czarnymi plamami. Jego barki unosiły się przy nierównych wdechach. Głośno charczał. Ino miała wrażenie, że te dźwięki odbijają się echem po całym korytarzu. Szybko zbyła tę myśl pod pretekstem kolejnej mrzonki.
— Dlaczego nie atakujesz, co? — warknęła.
Miała ochotę uderzyć w drzwi. Denerwowało ją to, że musiała się przed nimi kryć, a teraz, kiedy wydała mu się na tacy, miał ją w nosie. Była wściekła na te potwory za to, że zniszczyły całe jej dotychczasowe życie.
— Głupie ścier…
Urwała, cofając się. Uderzyła plecami o coś szerokiego i lodowatego. W tamtym momencie zrozumiała, że charczenie i dziwne zgrzytanie zębami nie docierało do niej z izolatki.


— Jeżeli Korea tak to sobie wykombinowała, to nie umiem sobie nawet wyobrazić tego, co się z nimi stanie, kiedy te wieści obejdą świat — wymamrotała Tsunade. — Grozi im eksterminacja.
— Ta — prychnął Shisui. — Nie wiem, co ich rząd chciał przez to osiągnąć. Wydaje mi się, że mieli całkiem dobry plan na zagładę całej Japonii, tylko nie starczyło im środków i dobrego wykonania.
— Jeżeli uda nam się odpowiednio długo przetrwać, ktoś na pewno nam pomoże. — Tsunade westchnęła i usiadła na skrzyni, którą wcześniej zajmowała Mayako. — Oby się udało. Nie wyobrażam sobie spędzić reszty życia w takim trybie.
Uchiha otworzył usta, chcąc dodać Senjuu trochę otuchy. Nim jednak wydobył z siebie jakąkolwiek myśl, hol wypełnił przeraźliwy, kobiecy wrzask. Ludzie zamilkli. Inni pozrywali się z łóżek. Kakashi i Itachi wybiegli na zewnątrz, wybudzeni jazgotem. Shisui wyciągnął broń i podbiegł do nich, każąc Tsunade cofnąć się do tyłu.
— Kto to był? — syknął Hatake.
Odwrócił głowę. Sakura wyglądała z przerażeniem z celi i patrzyła w stronę drzwi. Był pewny, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, kogo słyszeli. Blada i odrętwiała, na chwiejnych nogach wytoczyła się z pomieszczenia i przyłożyła dłonie do ust, kręcąc nerwowo głową.
— Zabierzcie ją! — warknął.
Wtem przestrzeń wypełniła się głośnym trzaskiem. Drzwi zadrżały, po chwili nieśmiało się otwierając. W progu pojawiła się smukła sylwetka. Długie blond włosy utytłane były krwią i kołysały się w rytmie ruchów jej ciała. Spuszczona w dół głowa uniemożliwiała dostrzeżenie twarzy.
— Mój Boże, to Ino… — wyszeptał Itachi.
Zaciskał palce na rękojeści pistoletu i wpatrywał się w koleżankę. Shisui przełknął głośno ślinę. Wmawiał sobie, że udało jej się obronić. Że zwyczajnie zatłukła to ścierwo i się ubrudziła.
— Ino! — zawył Sai.
Miyazawa wybiegł spomiędzy chłopaków i pognał w stronę swojej partnerki. Mimo wrzasków i protestów, stanął naprzeciw niej. Cały drżał, wyciągając w jej kierunku dłonie.
— Ino… Słońce… — wychrypiał, dotykając ramienia Yamanaki. — Proszę, spójrz na mnie.
— Kurwa! — wrzasnął Kakashi, kiedy kąt pochylenia jej głowy nieco się zmienił. Od razu dostrzegł czerwone ślepia, które zastąpiły niegdyś radosny błękit oczu dziewczyny. — Jest zarażona! Sai! Sai, do cholery! Odejdź od niej!
Ino poderwała głowę do góry. Jej szyja i klatka piersiowa pozbawione były fragmentów skóry i mięśni. Od wygryzionych dziur rozchodziły się drobne, czarne żyłki, które zajęły już niemalże całą twarz. Charczała, głośno oddychając.
— Ino! — wrzasnął Miyazawa. — Na Boga, zróbcie coś!
— Cofnij się! — Shisui wyszedł przed szereg.
Zaczął powoli stąpać w ich kierunku, chcąc odciągnąć Saia jak najdalej od dziewczyny. Mężczyzna jednak nie chciał nikogo słuchać. Nie chciał, bo nie wierzył w to, że właśnie ją nieodwracalnie stracił.
— Jak? — syknął Itachi, zerkając na Kakashiego.
— Nie mam pojęcia — warknął. — Przyszła z miejsca, gdzie jest izolatka. Ale drzwi są zamknięte przez Kejżę. To ona ma klucze.
— Może tam zajrzała?
— Oby tak było, Itachi — odparł niespokojnie kapitan. — Jeżeli jest inaczej, to jesteśmy w ogromnym niebezpieczeństwie.
— Sai!
Ryk Sakury zwrócił ich uwagę z powrotem na rozgrywającą się scenę. Shisui odskoczył z linii ognia, sam kierując pistolet w głowę Ino. Yamanaka dopadła w końcu Miyazawę. Wpiła zęby w jego ramię, głośno przy tym warcząc. Sai zawył; chciał ją od siebie odsunąć, w amoku uderzał pięścią w głowę ukochanej, błagając o pomoc.
— Co robimy?! — ryknął Itachi.
— Nie mamy wyjścia… — wyszeptał Kakashi.
Jego wzrok powiódł na twarz Shisuiego.
Uchiha był śmiertelnie poważny. Zacisnął usta, przypominając sobie rozmowę z Mayako. Jedynie strzał w głowę niósł ocalenie. Dla nich i dla duszy osoby zarażonej. Wzniósł pistolet i zmrużył oko, kierując lufę prosto w głowę Yamanaki.
— Przepraszam — wyszeptał.
Nim zdążył nacisnąć spust, głośny huk dwóch wystrzałów, ogłuszył wszystkich, znajdujących się w głównym holu. Precyzyjnie wyprowadzone, dwa strzały, nie były jednak przeznaczone jedynie dla Ino. Drugi wbił się w potylicę Saia. Wszyscy w trwodze obserwowali jak ciała osunęły się z łoskotem na ziemię. Dziewczęta wyły, widząc swoich martwych przyjaciół. Ktoś przeklinał, ktoś zwymiotował.
Sakura runęła na kolana, mając wrażenie, że pękło jej serce.
Kakashi i Shisui momentalnie zwrócili wzrok za siebie, a potem ku górze. Mayako stała piętrze, w cieniu filara. Broń strażniczki wciąż była skierowana w stronę dwóch trupów, a na jej twarzy malował się stoicki spokój.
— Mówiłam wam, że nie będę zwlekać — powiedziała, a echo jej głosu przebiegło przez całe, gigantyczne pomieszczenie. — To gówno trzeba dusić w zarodku, przykro mi.
Nikt nie odważył się odezwać. Każdy doskonale wiedział, że Ino była zarażona i to jedno ugryzienie wystarczyło, by zrozpaczony Sai podzielił jej los. Choć postępowanie Okanao wydawało im się zbyt radykalne, mieli świadomość, że nie pozostało im nic innego.
Shisui podszedł ostrożnie bliżej trupów. Choć ciało Saia było martwe, zarazie rzeczywiście nie przeszkadzało to, by się rozwinąć. Proces przejęcia organizmu przez wirusa odbywał się momentalnie, tak, jak wspominała Mayako. Gdyby ich nie zabiła, prawdopodobnie skończyliby tak samo, jak ludzie na stołówce. Wszyscy zaczęliby się mordować.
Kakashi podszedł bliżej i złapał go za ramię. Szorstkim głosem kazał mu się odsunąć, wciąż asekuracyjnie kierując broń w stronę martwych przyjaciół. Przyglądali się im, nie mogąc odpędzić się od wszystkich wspomnień, które uparcie wtłaczały do ich głów uczucie rozpaczy.
— Nie wierzę… — Łamiący się głos Sakury przerwał ciszę.
Kilka par oczu zwróciło się ku niej. Tsunade podeszła do podopiecznej; Ino była jej tak samo bliska. Znały się od lat, razem pracowały, razem się śmiały i smuciły. To wszystko już nigdy nie mogło mieć miejsca.
Kakashi, biorąc głęboki wdech, czuł, że cały zadrżał. Miał ochotę się rozpłakać. Stracił wszelkie siły. Przez głowę przeszło mu nawet to, by wpakować sobie lufę pistoletu w usta, by się od tego odciąć. Jednak widząc Shisuiego, który zacisnął usta i rozejrzał się po holu, zrozumiał, że nie mógł tak łatwo przestać walczyć.
— Co zrobimy? — wyszeptał Hatake. Uchiha zwrócił zdenerwowany wzrok ku niemu. — Musimy ich stąd wynieść. Nie mogą tu tak leżeć. Wszyscy są przerażeni. Shisui, kurwa, pomóż mi myśleć.
— To nie oni są naszym problemem — odparł tak poważnie i chłodno, że przeszły go dreszcze.
Zrozumiał, o co mu chodziło, dopiero wtedy, kiedy jego zmysł słuchu zaczął odbierać niepokojące dźwięki. Oboje popatrzyli na drzwi, zza których przyszła do nich Yamanaka. Nasilające się uderzenia, krzyki i tupot stóp istot, które w dzikim pędzie zmierzały ku nim.
— Kurwa! — Shisui podbiegł do drzwi, razem z kapitanem, i wspólnie próbowali zablokować skrzydła, zapierając się nogami. — Znajdźcie coś, czym je zabarykadujemy!
— To nie ma sensu! — Mayako zeskoczyła ze schodów i podbiegła do stołu, na którym poskładano wszystkie zapasy broni. — Nasz azyl się skończył! Musimy się stąd wynosić!
Sakura wciąż siedziała na ziemi, wpatrując się w twarz Ino. Nie mogła uwierzyć w to, że śmiercionośny wirus porwał kolejne, bliskie jej istnienia. Nie zwracała uwagi na to, że wszyscy w popłochu zrywali ze stolika broń i zaczęli kierować się za Mayako do jednych z drzwi. Jej wzrok przesunął się po ciele Yamanaki i zatrzymał się na zakrwawionej dłoni. Złoty pierścionek zaręczynowy połyskiwał lekko w świetle jarzeniowych lamp, a drobny brylant, który wcześniej przypominał jej płatek śniegu, zabarwił się na rubinowo.
— Ino… — wyłkała.
Szarpiąca jej ciałem Tsunade, a także wrzaski Okanao i Kakashiego, którzy nawoływali wszystkich do ewakuacji, w końcu ją ocuciły. Podniosła załzawione spojrzenie na dwie szczotki, blokujące drzwi. Widziała, jak tynk przy zawiasach powoli odpada, a zarażeni chwila moment mieli wtargnąć do środka. Zarejestrowała, że rannych, nie mogących poruszać się o własnych siłach, pozostawiono w celach. Ich wrzaski o pomoc i rozpaczliwe błagania nie zwracały niczyjej uwagi.
— Nie… — szepnęła, podrywając się na nogi. — Nie możemy ich tak zostawić…
Kilka osób, które uciekały w popłochu, prawie ją przewróciło. Senjuu zniknęła z jej pola widzenia; jedynie Hinata stała może dwa metry dalej, z dłońmi splątanymi na klatce piersiowej.
— To znowu się dzieje. — Jej głos zmusił Sakurę do cofnięcia się o kilka kroków.
Ichirei pociągnęła Hyuugę w stronę Mayako, która stała przy drzwiach korytarza, służącego im za jedyną drogę ucieczki. Okanao w pośpiechu pakowała naboje w magazynki pistoletów, co chwilę spoglądając na zablokowane przejście.
Haruno popatrzyła na celę, z której jeden z więźniów wyczołgał się, krzycząc i płacząc. Wyciągał ręce w stronę wszystkich, którzy go mijali, jednak nikt nie chciał mu pomóc. Jakiś pracownik kopnął go nawet w głowę, nie zważając na to, co znajdowało się na ziemi.
— Nie możemy ich zostawić! — ryknęła, lecz nikogo to nie obchodziło.
Zacisnęła zęby i zrobiła krok do przodu, nie mogąc patrzeć na to, w jakim stanie znajdował się ten człowiek. Huk, który rozległ się chwilę później, powstrzymał jej wszelkie ruchy; zielone oczy Sakury skupiły wzrok na przejściu, które z łoskotem wyważono.
Znów widziała tak wiele par obłąkanych, czerwonych oczu. Powyginane kończyny mechanicznie poruszających się ciał, lodowatą, siną skórę, krew. Miałą wrażenie, że natarli prosto na nią. Kościste szpony śmierci owinęły się wokół jej szyi, a nadzieja na przeżycie wygasła jak płomień świecy.
Każdy kolejny wystrzał broni, ogłuszał ją jeszcze bardziej. Miała wrażenie, że jedna z zabłąkanych kul, przyniesie jej zbawienie i ukróci męki. Ktoś jednak nie miał najmniejszego zamiaru tak szybko pozwolić na śmierć dziewczyny.
— Zdychaj!
Shisui pociągnął za ramię kobiety i cofnął ją za siebie, strzelając prosto w głowę bestii, która była tuż przed nimi. Uchiha szarpnął mocno Haruno i zaczął prowadzić w stronę Mayako, która otoczona była enigmatyczną aurą.
Sakura widziała w jej oczach przerażenie wymieszane ze swego rodzaju ekscytacją. Wystrzeliwała kolejne pociski, precyzyjnie pakując je w sam środek czoła swoich ofiar.
— Maya, to bez sensu! — ryknął Kakashi. — Jest ich za dużo! Uciekaj!
Haruno odruchowo spojrzała w tył. Zaczęła krzyczeć, kiedy zarażeni dopadli kilkoro ludzi, biegnących tuż za nimi. Liczba sojuszników malała z chwili na chwilę, a ludzie masowo umierali na jej oczach.
— Nie odwracaj się — wysapał Shisui, kiedy wybiegli w ciemny korytarz.
Strażnicy zaryglowali wyjście i zaczęli biec za nimi. Mayako przecisnęła się przez zredukowany tłum, na sam jego początek, ciągnąc za sobą Hatake. Zupełnie nie zwracała uwagi na ludzi, którzy pytali ją co dalej.
— Nie patrz nigdy w tył. Patrz zawsze przed siebie i pod nogi — szeptał Uchiha, ściskając dłoń Haruno. — Ma cię interesować tylko twoje własne życie. Biegnij, dopóki starczy ci sił, rozumiesz, Sakura?
— Shisui…
— To wyścig o nasze istnienia. Jeżeli się nie pospieszysz, śmierć cię przegoni — kontynuował, jakby w transie, kiedy dogonili resztę. Słyszał krzyki Mayako i Hatake. — Przecież chciałaś się dowiedzieć, czy Sasuke żyje — syknął, kiedy zaczęła zwalniać. — Zapominasz o swoim celu?!
Znajome ciepło uderzyło w jej serce. Wspomnienie ukochanego dodało jej sił. Musiała wierzyć, bo tylko to było w stanie ją uratować.
— Dobrze, mała — zaśmiał się cierpko, widząc jej determinację. — O to chodzi.
Zatrzymali się za zdyszanym i przerażonym tłumem. Hinata stanęła obok przyjaciółki i również złapała ją za dłoń. Była tak samo wystraszona, ale wyraźnie zaciskała zęby, nie chcąc dać tego po sobie poznać.
— Dokąd nas prowadzisz? — zapytała głośno Tsunade, kiedy Mayako i Kakashi wyciągnęli pistolety.
Okanao skierowała broń przed siebie.
— Do kanałów.


< <> >


— Chuj, skurwiel, no kurwa… nie mogę!
Sasuke wepchnął do buzi małą, nieco rozgotowaną marchewkę i popatrzył na Kibę. Inuzuka rzucał się na swoim krześle, co chwilę kopiąc kogoś pod stołem albo rozlewając sake, którą wybłagał od Minato.
— Uspokój się… — poprosił Naruto, który miał go już serdecznie dosyć. — Nie wierzę, że akurat dla ciebie udało im się znaleźć ostatnią butelkę.
— Dał mu ją, bo myślał, że się szybko upije i pójdzie spać — skwitował Madara, który z całych sił starał się nie uderzyć metalową tacą swojego podopiecznego.
— Trochę go jednak rozumiem. — Sasuke westchnął i odsunął od siebie talerz.
Myśleli, że to co zastali w Tokio, czyli tłumy jedzących się nawzajem ludzi, było ostatecznością. Nie wierzyli, że cokolwiek ich bardziej zszokuje, dopóki nie dowiedzieli się, że całe to piekło zostało zlecone przez kogoś z Japońskiego rządu. Akai pokazał im nagranie rozmowy Danzou, w której zszokowany Shimura dowiaduje się o sabotażu.
— Ja wam mówię — wybełkotał Kiba, uderzając łokciem o stolik. — To ten skurwysyn maczał w tym palce. Ten pierdolony Shimura.
— Mógłbyś przestać tak bluzgać?
Wzrok chłopaków zwrócił się ku Akaiowi, który wszedł do stołówki. W pomieszczeniu znajdowali się tylko oni. Następny posiłek miał zostać wydany dla żołnierzy za kilka godzin i było nim śniadanie.
— Uszy mi więdną.
Chłopak wziął sobie krzesełko i przystawił je do stolika. Sasuke obserwował jego poczynania, zaskoczony brakiem jakichkolwiek oporów. Tsuki usiadł między nim, a Inuzuką i z politowaniem popatrzył na pijanego chłopaka.
— Starczy ci — warknął i wyrwał mu z rąk butelkę. Zgarnął ze stolika korek i zatkał ją. — To niedopuszczalne, jeżeli chcesz jutro iść w teren.
— Nie będziesz mi mówił, co mam robić, ty parszywcu.
Inuzuka szybko stracił ochotę do walki. Jego głowa wylądowała na blacie i tam już pozostała. Wypuszczał z ust jakieś niezrozumiałe słowa, lekko się kołysząc. Uzumaki wyłapał jedynie to, że bredził o Mayako.
— Może teraz zdradzisz nam tę tajemnicę? — zażartował Naruto. — Względem aktualnych wydarzeń, nie wiem, czy jakiekolwiek tajemnice mają sens.
Akai popatrzył na niego spod szkieł. Gdy Sasuke przyjrzał się jego profilowi, zrozumiał, że skądś go kojarzył. Nie mógł sobie jednak za nic przypomnieć skąd.
— Do czego pijesz?
— Skąd się znacie? — Madara upił łyk zimnej herbaty. — Ty i ten narwany popapraniec.
— I kim w ogóle jesteś? — dodał Sasuke. — Minato nazwał cię tymczasowym analitykiem.
— Jestem wojskowym, tak jak wy — odparł, ściągając okulary. — Służyłem w innej kompanii, ale nasze drogi kilka razy się skrzyżowały.
— Znasz nas? — Naruto uniósł brew.
— Pewnie — zaśmiał się. — Wy macie gorzej. Spotkaliśmy się kilka razy podczas misji w Afganistanie, w dwa tysiące ósmym. Byłem wtedy łysy i jeszcze nie nosiłem okularów. Z tobą nawet raz piłem — powiedział, patrząc na Sasuke. — Do tej pory nie pamiętam, jak się rozeszliśmy.
Sasuke się ożywił, kiedy skojarzył fakty.
— Do mojej jednostki trafiła młoda dziewczyna — powiedział spokojnie, wygodniej się rozsiadając. — Rzadko ją jednak widywałem. Często znikała, nikt nie wiedział dokąd. Dopiero kiedy wysłano mnie z nią na obchód w mieście, powiedziała mi, że jest snajperem. Zaciągnęła się do wojska, ponieważ od zawsze ją to jarało, jak to określała. Śmiać mi się chciało. Wyobrażacie sobie babę używającą Barretta M82? Ja sobie nie wyobrażałem, dopóki nie zobaczyłem jej w akcji. Była niesamowita. Rzadko zdarzało się, by marnowała jakiś pocisk. Trafiała za pierwszym razem. Miałem wrażenie, że urodziła się z darem do zabijania, rozumiecie? Wyraz jej twarzy, zaraz po oddaniu strzału, zawsze był taki sam. Kurewsko przerażający.
Chłopcy popatrzyli po sobie.
— Któregoś razu w jednostce wylądował helikopter. Ze środka wysypało się kilku amerykańskich bojowników. Zabrali ją, a ja przez długi czas nie miałem pojęcia, co się z nią mogło stać. — Chłopak wyglądał na znudzonego i spoglądał na Kibę. — Wróciłem z misji, trochę odpocząłem i wróciłem do tokijskiej jednostki. Tam dowiedziałem się, że sokole oko tej dziewczyny tak szybko stało się popularne, że Stany zechciały ją w swoich szeregach. Służyła im przez jakiś czas, dopóki nie okazało się, że wplątano ją w jakieś ciemne interesy. Nieświadomie odstrzeliła głowę jakiemuś rosyjskiemu urzędasowi.
— Zaczynam mieć wrażenie, że skądś kojarzę tę legendę — mruknął Naruto, a na jego buzi zagościł zmęczony uśmiech. — Podobno Japoński rząd ściągnął ją z powrotem do kraju i próbował chronić. Wygraliśmy sprawę, jednak ta kobieta została zdegradowana, bo, chcąc nie chcąc, ten Rosjanin był dosyć ważną osobistością.
— To nie legenda. — Z gardła Akaia wydobył się stłumiony, ironiczny śmiech. Skrzywił się, patrząc znowu na Inuzukę i bez ogródek, zwyczajnie kopnął w nogę od jego krzesła. Kiba poderwał się i popatrzył nieprzytomnym wzrokiem na chłopaków. — Została zdegradowana i osiedliła się w Itabashi. Zamknęli ją w zakładzie karnym, gdzie od lat pełni rolę strażniczki. Chyba nie muszę wam więcej mówić.
Madara dosłownie wypluł na stolik przerzutą masę z ziemniaków i kurczaka. Złapał się za gardło, czując, jak część papki utknęła mu w gardle. Spanikowany Naruto, którego szok również sięgnął, zaczął mu wciskać do ręki kubek.
— To jest jakiś żart — syknął Sasuke. — Nie wciśniesz mi kitu, że ta roztrzepana wariatka…
— Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, również uznałem to za kpinę — przerwał mu Tsuki, nie rezygnując z poważnego tonu. — Nawet nie macie pojęcia, jak wiele skrywa się pod tą maską duszy towarzystwa, która nie skrzywdziłaby muchy. Mayako zabiła więcej ludzi, niż wy razem wzięci.
Młody Uchiha przypomniał sobie wizerunek Okanao. Była głośna i narwana. Czasem wulgarna i zbyt gwałtowna. Ale była dobrym człowiekiem. W życiu nie pomyślałby, że mogłaby być kimś takim i tak dobrze to ukryć. Sasuke wiedział, jak wyglądali ludzie, którzy w pozbawili kogoś życia, nawet nieumyślnie. Ona nigdy tego po sobie nie zdradziła.
— Pamiętam, kiedy poszliśmy na strzelnicę w Yokohamie. Wtedy, na wakacjach — wyszeptał cicho Naruto. — Choć wzbraniała się jak głupia, w jej oczach zobaczyłem coś dziwnego. Trafiała idealnie we wszystkie punkty. Nikt z nas nawet nie pomyślał…
— Nikt z was, oprócz niego. — Akai wskazał na Kibę. — Ten młotek w jakiś sposób domyślił się, co było na rzeczy. Spędzał z nią najwięcej czasu. Obserwował i zaczął dostrzegać pewne rzeczy. Historia ze strzelnicą jedynie otworzyła mu oczy. Mayako powiedziała o tym tylko jemu. Wiem też, że ten cały Hatake i jakiś jego współpracownik również znali sytuację, bo zatrudniono ich do ochraniania jej, kiedy toczyło się postępowanie po sprawie z Ruskiem.
— Skąd o tym wszystkim wiesz?! — Madara wydusił w końcu z siebie te kilka słów. — Przecież…
— Spotkałem Mayako rok temu na ulicy. Poszliśmy na piwo, żeby powspominać stare czasy. Wszystko mi opowiedziała — odparł mężczyzna, zakładając z powrotem okulary. — A potem się z nim pobiłem, bo uznał mnie za potencjalne zagrożenie. Od tamtej pory czasem się z nimi widywałem.
— Coś chcesz nam powiedzieć, prawda? — Sasuke przyjrzał się chłopakowi, który wstał od stolika.
— Cały czas próbujemy przedrzeć się do Itabashi — wyszeptał, pocierając skroń. — Jeżeli miała dostęp do broni, istnieje duże prawdopodobieństwo, że ludzie w tamtym więzieniu żyją. Ona też. Strzelanie w głowę, to jej specjalność, że tak się wyrażę.
Sasuke zauważył, że Akai miał nieprzystępną minę.
— Chodzi wyłącznie o nią, prawda? — zapytał młody Uchiha, zwracając na siebie uwagę reszty.
— Zarząd ruchu oporu uważa, że z ludźmi jej pokroju Japonia będzie mieć większe szanse. — Tsuki zamknął oczy. — Oczywiście nie pozostawią towarzyszących jej ludzi na pastwę losu. Chodzi o to, że więzienie w Itabashi stanowi priorytet. Grupy szturmowe oczyszczają właśnie tereny, otwierając korytarz dla jutrzejszej, porannej wyprawy.
Madara poderwał się na nogi. Przecież pracowały tam razem…
— Mogę do nich dołączyć? — zapytał, patrząc z nadzieją na Tsukiego.
— Liczyłem na to, że cały wasz zespół zechce to zrobić. Szczególnie Inuzuka.
— O której i gdzie mamy się stawić?
— Przyjdę po was — powiedział i wyciągnął ze spodni klucze. — A teraz zabierzcie tę memeję i chodźcie za mną. Czas, żebyście trochę pospali.
Sasuke i Naruto popatrzyli na siebie niepewnie. Skoro wyprawa do więzienia była priorytetem, nie mieli co liczyć na to, że ktokolwiek zabierze ich w stronę szpitala. Wiedzieli jednak, że bezczynne siedzenie w jednostce w żaden sposób nie przybliży ich do poznania prawdy i odnalezienia Hinaty i Sakury.

Od autorki: Jakby ktoś pytał, jak mi idzie kończenie Gruvii. Macie odpowiedź.
Pierwszy raz chyba tak chętnie mi się pisze bloga. Nie blokuję się na niego. Raczej zwyczajnie czasu mi zabraknie, by szybciej to napisać. Ale już jesteśmy za półmetkiem. Myślę, że jeszcze maks trzy miesiące, i zdążę wszystkich pozabijać.
Miałam dzisiaj mokry sen. Śnił mi się Kuroo i Akaashi. Gdy tylko się obudziłam, musiałam napisać do Kayo, bo wiedziałam, że tylko ona mnie zrozumie. xD Od jakiegoś czasu częściej śnią mi się moim animango crushe, podoba mi się to. Moje życie ostatnimi czasy jest tak CHUJOWE, że muszę się jakoś ratować. O dzięki Ci wielki Morfeuszu za te niespodzianki. Kiedyś jakoś Ci to wynagrodzę.
W ogóle to mam nadzieję, że czyta się nieco wygodniej, od kiedy powiększyłam czcionkę. ;-;
ps: Zaskoczony jesteś Akai? :D Wiem, że się nie spodziewałeś. xD

Do następnego! <3

CREATED BY
MAYAKO