niedziela, 7 maja 2017

III. To już nie są ludzie

Take the children and yourself and hide out in the cellar
By now the fighting will be close at hand
Don't believe the church and state and everything they tell you
Believe in me, I'm with the high command


Can you hear me?
Can you hear me running?
Can you hear me running, can you hear me calling you?
Can you hear me?
Can you hear me running?
Can you hear me running, can you hear me calling you?


There's a gun and ammunition just inside the doorway
Use it only in emergency
Better you should pray to God, the father,
And the spirit will guide you and protect you from up here


HEAR ME CALLING YOU
Hidden Citizens - Silent running


< <> >


Tokijska jednostka została zniszczona jako pierwsza. Nic po niej nie zostało…
Otworzyła spuchnięte powieki i utkwiła wzrok w zamyślonej twarzy Shisuiego. Ściągał gniewnie brwi; spojrzenie błądziło za widokami i obiektami, które zostawiali za sobą. Sakura wiedziała, że jeśli zerknie choć raz za okno, to koszmar na nowo sięgnie jej psychiki i stworzy w niej piekło, a Uchiha dał jej szansę na to, by nieco się uspokoić. Nie chciała jej za nic w świecie marnować; tylko będąc wyciszoną, mogła skupić myśli i próbować rozważać o tym, co czekało ich dalej.
Shisui trzymał ją na swoich nogach. Silne ramiona oplotły mocno szczupłe ciało, chroniąc przed upadkiem podczas wstrząsów. Zachowały się jedynie nieliczne fragmenty dróg, które nie były popękane lub przywalone budynkami. Bus nieustannie podskakiwał, mimo tego, że Itachi starał się jechać naprawdę ostrożnie, jednocześnie utrzymując jednostajne tempo. Przecież liczyła się dla nich właściwie każda minuta.
— Gdzie jedziemy? — zapytała cicho, zaciskając palce na kurtce, którą ją wcześniej okrył. — Mamy w ogóle gdzie jechać?
— Mamy. — Na jego brudnej twarzy zagościł słaby uśmiech.
Uniosła się lekko, chcąc zająć miejsce obok, ale jej nie pozwolił. Miała wrażenie, że w tamtej chwili potrzebował jej bardziej, niż ona jego. Usiadła więc wygodniej, pragnąc nieco rozprostować kręgosłup, i w końcu popatrzyła w okno. W przeciągu jednej chwili widziała wszystko, co najgorsze. Bezkresne tumany pyłu, które wciąż mieszały się ze śniegiem. Płomienie, ruiny i martwych ludzi. Szybko odwróciła z powrotem wzrok i przyłożyła skroń do barku mężczyzny, zaciskając powieki.
— Itachi skontaktował się jakoś z Kejżą — mruknął i oparł policzek o jej chłodne czoło. — Podobno więzienie nie oberwało bezpośrednio, jednak pobliski wybuch zmiótł prawe skrzydło zakładu. Możemy się tam schronić i odpocząć, mając czas na to, by zastanowić się, co dalej.
— Jeżeli Koreańczycy wejdą do miasta, to nas tam znajdą… — wyszeptała Haruno, cała się napinając.
— Zanim to zrobią, może uda nam się coś zrobić, Sakura — powiedział spokojnie, wzdychając przy tym. — Może znajdziemy inne schronienie. Może otrzymamy jakieś wsparcie.
— Co z Mayako i Ichirei? — Skoro Ryusaki była cała i zdrowa, to miała nadzieję, że pozostała dwójka też jakoś przeżyła.
— Podobno żyją…
Haruno popatrzyła na niego niepewnie, mając wrażenie, że jedynie tak przypuszczał.
— Nie okłamuj mnie. — Uniosła się i popatrzyła prosto w jego ciemne oczy.
— Nie okłamuję. — Pokręcił głową i zamknął powieki. — Podobno są uwięzione w innej części więzienia i próbują przedostać się do reszty.
— Same?!
— Nie, jest z nimi kilku strażników i więźniów.
— O matko…
Schowała twarz w dłoniach. Modliła się, aby nic im się nie stało; były dla niej tak samo ważne jak reszta, znajdująca się z nią w busie. Wiedziała, że im więcej znajomych twarzy się przy niej pojawi, tym więcej sił będzie mogła w sobie zebrać.
Skuliła się i zacisnęła zęby, chcąc powstrzymać szloch. Wciąż nie potrafiła zaakceptować wieści, jakie przekazał im Itachi. Nie mogła uwierzyć w to, że Sasuke, Kiba, Naruto i Madara naprawdę już nigdy nie mieli pokazać jej się na oczy. Ból rozrywał klatkę piersiową, kiedy w jej pamięci odkodowały się wszystkie wspomnienia związane z ukochanym. Lepsze, gorsze; minione, wspólne noce i dnie, pełne wzajemnej nieobecności i tęsknoty, która od tej pory miała stać się dla niej wieczna.
— Tsunade — powiedziała nagle, wlepiając wzrok w tył głowy kobiety.
Wspomniana odwróciła się do niej na fotelu, grymasząc przy tym z bólu. Popatrzyła w zielone oczy i już wiedziała, że temat, który poruszy jej podopieczna, za nic w świecie nie powinien był odnaleźć światła dziennego.
— Ten trup, tam w prosektorium… — wyszeptała Haruno, prostując się. Kurtka zjechałą z jej ramion. — Po wybuchu, kiedy próbowaliśmy się wydostać… On stanął na nogi. On, kurwa, ożył.
Senjuu przetarła twarz zdrową dłonią i zamknęła powieki, wzdychając głośno. Nie wyglądała na zaskoczoną.
— A więc to prawda…
— Co jest prawdą? — wypalił Kakashi. — Możesz powiedzieć, o co chodzi?
— O czym wy mówicie? — Ino rozejrzała się po kompanach.
Szybko zorientowała się, że coś naprawdę ją ominęło. Jeszcze w ruinach szpitala była w stanie wyczuć, że Shisui, Kakashi i Sakura coś ukrywali przed resztą. Słyszała strzały, ale była zbyt zszokowana całą sytuacją, by dociekać. Kiedy w końcu się uspokoiła, mogła już zadawać nękające ją pytania.
— Kiedy wydostaliście się z prosektorium, ten trup… Właściwie już sama nie wiem czym on był… Zaatakował mnie. — Haruno potarła ramiona, niespecjalnie chcąc sobie o tym przypominać. — No skurwiel stał na nogach i doskoczył do mnie. Piana toczyła mu się z pyska, ślepia połyskiwały przerażającą czerwienią…
Zadrżała, przywołując ten obraz w pamięci. Poczuła, jak Uchiha mocniej ją do siebie przyciska.
— Posłuchajcie mnie — wyszeptała Tsunade, wyglądając przez okno. — Już od jakiegoś czasu dostawałam informacje z innych sektorów Tokio o tym, że trafiali do nich dziwni ludzie. I dziwne trupy… Wysłałam was tam, bo jesteście jednymi z lepszych lekarzy. Może żadni z was naukowcy, ale sądziłam, że wysnujecie wnioski, do których jeszcze nikt nie doszedł. Dacie jakiś zalążek wyobrażeń na temat tego, czym to coś mogło być.
— Nic nie rozumiem — wtrąciła Hinata. — Czy wy mówicie o żywym trupie? O zombie? Przecież to się dzieje tylko na filmach...
— Niedorzeczne — dodał Sai.
— Zamknijcie się — syknął Shisui, po raz pierwszy w życiu zwracając się w taki sposób do swoich znajomych. Zrobił to wyłącznie ze względu na Sakurę, która w szoku obserwowała niedowierzanie przyjaciół. Przecież prawie zginęła z rąk jakiegoś wynaturzenia, a oni uważali to za nieprawdziwe. — Nie widzieliście tego, co widzieliśmy my.
— Owszem, widzieliśmy — wtrąciłą Ino. — Na stole. To było martwe.
— No właśnie, było — podkreślił Hatake.
— Shizune zbierała dla mnie informacje — kontynuowała ordynator, nie zważając na wymianę zdań reszty. — Już jakiś czas temu układałam sobie w głowie różne sytuacje związane z Koreą. Wiedziałam, że prócz zwykłego zaatakowania nas, mogli kombinować coś innego. Coś dużo gorszego niż to bombardowanie.
— Na Boga, ty chyba nie mówisz o broni biologicznej! — Itachi aż szarpnął autem. — Przecież to wywoła nie tylko wojnę pomiędzy Japonią a Koreą. W to się wpierdoli cały świat. Ruskie i Stany nie odpuszczą takiej jatki!
Twarz kobiety miała niepewny wyraz. W jej bursztynowych oczach tkwiło coś, co nieco różniło się od zwyczajnego strachu. Sakura doskonale zdawała sobie sprawę, że złamanie ducha Senjuu graniczyło z cudem, lecz tym razem wydawało jej się, że ów granica została przekroczona.
— Na kilka minut przed bombardowaniem dostałam telefon od Shizune — powiedziała cicho, tępo wpatrując się w podłogę furgonetki. — Moje przypuszczenia się potwierdziły. Rejestry japońskich szpitali wskazywały na to, że takich przypadków, jaki mieliśmy my, było pełno. Identyczne dane, wyniki. Podobne sytuacje.
— To nie musi być broń biologiczna — odezwała się Hinata. — To duże oskarżenia. Nie, żebym starała się bronić Korei, ale mogło to być spowodowane czymś innym…
— Zastanów się, dziewczyno. — Shisui wciął się twardym tonem. Haruno zerknęła na niego, zdając sobie sprawę z tego, że wiedział więcej niż oni. Przynajmniej tyle, co Tsunade. Współpracowali. — Epidemia dziwnych śmierci, wyłącznie u bezdomnych lub alkoholików, ćpunów, włóczących się po ulicach miast. Nie było innych przypadków. Poukładaj to sobie w głowie.
— Sugerujesz, że wpuścili tu kilka szczurów? — Kakashi przetarł zmęczoną twarz. — Ja to tak widzę. Chodzili po zaułkach i truli tych ludzi. Wiedzieli, że tak szybko nie nabierzemy podejrzeń, skoro do szpitali trafiał margines społeczny. Wywołali epidemię.
— Epidemię? — zakpił Uchiha, którego dłonie mocniej zacisnęły się na ramieniu Sakury. — To już pandemia, Kakashi. Nie mamy innego wyjścia, niż to wszystko pozabijać. Japonia zostanie poddana kwarantannie albo eksterminacji, skoro i tak trwa wojna. To wszystko to najmroczniejsze scenariusze, które nigdy nie wpadłyby mi do głowy.
— Przestańcie już!
Haruno zsunęła się z nóg przyjaciela i zajęła wolne miejsce. Miała dosyć. Wszystko było przytłaczające, a każde kolejne, nieprzyjemne informacje nie pozwalały za nic wziąć się w garść.
Nagle samochód gwałtownie się zatrzymał, zrzucając wszystkich ze swoich miejsc. Sakura podniosła głowę i wpiła swoje strwożone spojrzenie w potylicę Itachiego, wpatrującego się w coś przed nimi.
— Mówicie o tym ścierwie? — Jego drżący głos wypełnił wnętrze furgonetki, w której panowało milczenie.
Pasażerowie wznieśli się lekko i popatrzyli w tę samą stronę.
Poszarzali, powykrzywiani, połamani, poprzypalani. Stali naprzeciw, wznosząc barki przy wściekłych, dzikich oddechach. Ich oczy kryły się w cieniu pochylonych głów, które obracały się w nienaturalny sposób.
— Mój Boże… — Sakura poczuła, że koszmar objawił się na nowo.


< <> >


Słyszał nieprzyjemny szum, furkot silników. Jego ciało kołysało się raz po raz na twardej powierzchni. Było mu niebywale zimno, knykcie skostniały, a skóra aż szczypała. Zastanawiał się, czy na pewno chciał otworzyć powieki. Poruszył językiem, czując metaliczny posmak i ostry fragment nadłamanego zęba.
Wziął głęboki wdech. Przecież musiał zorientować się w terenie. Dźwignął ciało do siadu i ostrożnie rozejrzał się wokół. Zrozumienie, gdzie tak naprawdę się znajdował, zajęło mu ułamek chwili.
— Samolot… — warknął, rozmasowując potylicę.
Zaraz obok niego leżał nieprzytomny Kiba. Miał opuchniętą buzię, całą pocharataną i posiniaczoną. Przez chwilę bał się, że jego kumpel nie żyje, jednak Inuzuka zaczął grymasić. Pod jedną ze ścian siedział Uzumaki, który tak samo jak Uchiha dopiero wracał świadomością na ziemię. Otaczał ich bałagan. Pełno skrzyń i pakunków, sznurów, węzłów, worków. Układał dziesięć tysięcy teorii, którymi mógł sobie cokolwiek wytłumaczyć. Był pewny, że nie lecieli wojskowym samolotem; to truchło niczym go nie przypominało.
— Żyjesz? — syknął, dotykając ramienia Kiby, który z trudem próbował jakoś usiąść.
— Nie wiem — odparł, trzymając pion tylko dzięki pomocy Uchihy. Popatrzył w stronę Naruto, który zerkał na nich, tak samo skonsternowany tym, co się działo. — Gdzie Madara?
Sasuke oprzytomniał. Faktycznie brakowało ich kapitana. Podniósł się, czując ból w całym ciele. W końcu sobie przypomniał, jak brutalnie skopano ich w areszcie i pozbawiono przytomności. To było zaplanowane.
— Dokąd mogą nas zabierać?
Popatrzył na blondyna, który w końcu zrzucił z siebie tę zdesperowaną aurę.
Sakura.
Uchiha złapał się za głowę. Wciąż nie potrafił dopuścić tego do świadomości. Wściekłość na nowo znalazła swoje miejsce w jego umyśle.
Żwawo ruszył do żelaznych drzwi. Chciał na nie natrzeć, zacząć w nie walić, wrzeszczeć i przeklinać. Nim jednak zdążył do nich dojść, te zostały otwarte z impetem przez kogoś po drugiej stronie. W przejściu pojawił się Madara. Blady, poobijany — ledwo trzymał się na nogach. Runął do przodu, w ostatniej chwili chwycony przez Uzumakiego.
— Obudziliście się — warknął Danzou, który stał tuż za nim, z wyciągniętą przed siebie ręką.
Młody Uchiha zrobił krok do przodu, jednak w jego głowę skierowano kilka stalowych luf.
— Nie napalaj się tak. — Shimura pogroził mu palcem, jak swojemu wnukowi. Na jego twarzy widniał ironiczny uśmiech.
Młody żołnierz czuł presję, jaką to wszystko zaczęło na nim wywierać. Generał nie był wzruszony tragedią, którą przeżywał jego zespół. On jedynie wymagał od nich dalszego, bezwzględnego posłuszeństwa.
— Pamiętacie, co wam powiedziałem? — Starzec zwrócił się do całego zespołu. — Macie wykonać jedno, jedyne zadanie. Potem czeka was wolność.
— Draniu. — Kiba nie wyglądał na takiego, który przejmował się tym, że do niego celują.
— Macie wykończyć Onokiego.
— Pierdol się.
Inuzuka zrobił krok do przodu i splunął mężczyźnie prosto w twarz, Sasuke aż westchnął; wiedział, że jego kumpel jest niereformowalny, ale jeżeli mieli się jakoś z tego wszystkiego wydostać, to musieli być żywi.
Dwóch ochroniarzy rzuciło się do szatyna, jednak Uchiha pociągnął go za bluzę w tył, za siebie, dając im niemo do zrozumienia, że to bez sensu i sam się nim zajmie.
— Jak niby mamy to zrobić? — zapytał, wciąż kontrolnie zerkając na szatyna.
— Żartujesz? — Naruto doskoczył do bruneta. — Chcesz mu, kurwa, pomóc, po tym co nam zrobił?! On je zabił!
Sasuke dostrzegł, jak Madara cofnął rękę i lekko szczypnął blondyna, by ten ochłonął. Widocznie był jedynym, który myślał podobnie do swojego kuzyna.
— Zrzucimy was w bezpiecznym miejscu. Dostaniecie wszystkie namiary i sprzęt potrzebny do tej misji. Jedyne, co musicie zrobić, to postępować według tego, co wam zaraz powiem.
— Co jeżeli odmówimy? — Naruto cały się spiął. — Co jeżeli uciekniemy?
Sasuke popatrzył kontrolnie na blondyna, który właśnie pchał ich na stryczek. Rozumiał jego zdenerwowanie, desperację. Ich czwórka straciła w jednej chwili osoby, na których zależało im najbardziej na świecie. Utraciła powody do dalszej egzystencji.
Mimo wszystko…
— Zrobimy to — powiedział spokojnie, choć na dobrą sprawę to nie do niego należało ostatnie słowo w zespole — ale chcemy mieć gwarancję na to, że nas nie wyrolujesz.
— To znaczy? — Danzou popatrzył na niego z dziwnym uznaniem.
Podobało mu się to, że Uchiha zaczął okazywać uległość.
— Nasz kraj upadł — wyszeptał starzec, podchodząc bliżej młodego mężczyzny. — Nie mam najmniejszych powodów, żeby was dalej ścigać. Ale będę to robić, dopóki nie wykonacie zadania. Coś za coś, chłopcy. Będziecie mogli uciec, tak jak to od dawna planowaliście. Przykro mi, że nie ze swoimi bliskimi.
Naruto wyrwał się do przodu, jednak Madara złapał go za nogę. Oddział Fearless był w szoku. Przez cały czas, kiedy przygotowywali ucieczkę, generał znał każdy ich ruch.
— O wszystkim wiedziałeś? — warknął Kiba. Jego głos drżał od przepełniającej go złości i żalu. — I pozwoliłeś im zginąć?
— Uważasz, chłopcze, że gdybym spodziewał się tego bombardowania, to bym w ogóle do niego dopuścił? — Shimura wyglądał, jakby miał odwdzięczyć się Inuzuce za wcześniejsze oplucie. — Nie jestem dobrym człowiekiem, ale nie jestem też potworem.
— Polemizowałbym  — mruknął pod nosem Sasuke.
— Przygotujcie się — wyszeptał Shimura, zwracając się do nich tyłem. — Niedługo was zrzucamy.


< <> >


Jedenaście par oczu utkwiło swoje strwożone spojrzenie w zbitku nieforemnych postaci. Pastwiły się one nad czymś, wydając z siebie przerażające dźwięki — te same, które Sakura mogła usłyszeć w prosektorium.
— To koniec — wyszeptała, zaciskając palce na wezgłowiu fotela Tsunade.
— Są szybkie? — Shikamaru popatrzył kontrolnie na Kakashiego, ale ten jakby w transie przypatrywał się rozgrywanej przed nimi scenie. — Hej! Mówcie, może mamy szansę to jakoś ominąć!
— Uciekajmy stąd! — pisnęła Yamanaka.
Itachi popatrzył w tył, prosto w stronę Shisuiego. Uchiha stał tuż za Haruno i ściągał gniewnie brwi, zaciskając szczęki. Wiedział, że jego kuzyn na nim polegał; od zawsze jego zdolności do oceny sytuacji były najlepsze.
— Wycofaj się — szepnął, chcąc przedostać się nieco do przodu. — Spokojnie, bez żadnych zrywów. Nie mam pojęcia, czy one reagują na dźwięki czy na zapachy… Czy może na nic, a może na wszystko. Skoro nie zauważyły, że podjechaliśmy, może mamy szansę…
— Wydaje mi się, że po prostu są zajęte jedzeniem — zauważył Sai, przyciskając do siebie mocniej Ino.
Miał rację. Kiedy około tuzina tych zdziczałych istot zaczęło się rozrzedzać, mogli dostrzec rozszarpane zwłoki.
Póki samochód stał nieruchomo, bestie nie spoglądały w tamtym kierunku. Kołysały się dziwnie, odchylając do tyłu i beznamiętnie rozglądając dookoła. Ich ramiona wisiały luźno, bujając się na boki, a torsy upaprane miały we krwi. Sakura skuliła się nieco, przypominając sobie, jak wyglądało to z bliska.
— Zabiją nas — wyszeptała, opadając na fotel. — Rozszarpią na kawałki.
— Przestań. — Shisui popatrzył na nią krytycznie i westchnął głośno. — Nie siej paniki. Jesteśmy w samochodzie…
Sakura w bezruchu obserwowała, jak jego oczy szeroko się otwierają. Patrzył na coś za nią, sięgając powoli do paska spodni, a ona od razu skojarzyła fakty. Obróciła mechanicznie głowę i dostrzegła w brudnej szybie dwa czerwone punkty. Potwór zaglądał do środka, przekrzywiając głowę, zupełnie jak ten z kostnicy. Zakryła gwałtownie usta, bo tylko na tyle ją było stać. Chwilę później wnętrze samochodu wypełniło się wrzaskami Ino i Hinaty.
— Kurwa! — Shisui szarpnął Sakurę za fartuch i pociągnął za siebie, mało się nie przewracając. — Zamknąć się, kurwa!
Zainfekowany uderzał gwałtownie pięściami w szyby, które po chwili zaczęły zdobić się pęknięciami.
— Zauważyły nas! — Rin zwróciła uwagę reszty na bandę przed nimi, która zaczęła zwracać głowy w ich stronę.
Obserwowali, jak ich kaci z wolna ruszają w kierunku busa. Dzieliło ich około stu metrów, a ta odległość zaczęła być błyskawicznie przełamywana. Bestie nie były tak wolne, jak na filmach. Wręcz przeciwnie — w towarzystwie dzikich wrzasków parły prędko w stronę furgonetki, gotowe do pożarcia kolejnych ofiar.
— Wychodzę — szepnął Shisui, patrząc porozumiewawczo na Kakashiego. — Odstrzelę kilku, zdążę.
— Nie baw się w pierdolonego bohatera! — Sakura zacisnęła palce na jego bluzie. — Nie masz szans tam na zewnątrz!
— Spowolnię ich, to pozwoli na ucieczkę, rozumiesz?!
— Bez ciebie się stąd nie ruszymy!
Bus zaczął się kołysać. Nim grupa z naprzeciwka pokonała prawie całą swoją drogę, kolejni zarażeni zaczęli atakować od lewej i prawej. Jedyne, co pozostało ocalałym, to niekończący się strach. Byli przerażeni, bo żadna decyzja nie wydawała się dostatecznie dobrą. Dostatecznie bezpieczną.
Shisui zablokował drzwi busa i odwrócił się do zrozpaczonej Haruno, wpatrującej się w nadchodzącą falę ataku. Zielone oczy zwróciły się w jego stronę, kiedy ponownie pojawił się przy dziewczynie.
— Uratuj nas — wyszeptała, dławiąc się łzami.
Jednak przez jej słowa przebijała się jakaś pewność. Wierzyła w niego. Wierzyła, że tylko on mógł coś zrobić, jednocześnie nie chcąc, by cokolwiek mu się stało.
— Jedź! — ryknął, przyciskając do piersi głowę Haruno. — Rozjedź ich, kurwa!
Itachi się zawahał. I ta jedna chwila pozwoliła im zrozumieć, że nie potrafił tego zrobić. Tylko Sakura, Kakashi i Shisui mieli styczność z tym czymś. Tylko oni sięgali wrażenia, że w tych kreaturach nie pozostało nic z człowieka. Nic, co można by uratować.
Hatake bez słowa dopadł kierowcę i zrzucił podopiecznego z fotela, sam zajmując jego miejsce. Bez wahania wrzucił bieg i wcisnął gaz.
— Trzymajcie się! — wrzasnął, kiedy auto zaczęło nabierać pędu.
Pisk dziewcząt tylko dodał mu dziwnego ferworu. Policjant zacisnął zęby, dobrze wiedząc, jak wiele ryzykował. Nie miał jednak innego wyjścia; jeżeli nadal by się wahali, prawdopodobnie skończyliby jako pożywka dla tych monstrów. Bus wjechał w grupę żywych trupów, rozrzucając ich na boki. Ich ciała, które ulegały błyskawicznemu rozkładowi, rozczłonkowały się i rozlatywały na wszelkie strony.
— Czym oni są?! — wrzasnęła strwożona Yamanaka.
Sai przyciskał mocno jej ciało do swojego, grymasząc z bólu. Krew powoli przedostawała się przez jego opatrunek, a jego blada skóra z każdą chwilą stawała się jeszcze jaśniejsza.
Temari wyglądała przez szyby i krzyczała, zaalarmowana tym, że kilku intruzów mocno trzymało się odstających części busa i jechało z nimi na gapę. Dodatkowo wszyscy widzieli, że nie mieli do czynienia z filmowymi zombie.
Zarażeni biegli za nimi, niesamowicie szybko zmniejszając dystans. Ich okrzyki wpływały do pojazdu dodatkowo strasząc pasażerów.
— Shisui! — wrzasnął kierowca, ostro skręcając w lewo.
Więzienie znajdowało się w przeciwnym kierunku, ale policjant musiał znowu planować wszystko do przodu. Musiał ograniczyć przywleczenie tego ścierwa do minimum, by nie narobić kłopotów oczekującym ich przyjazdu ludziom.
Uchiha pchnął Sakurę na fotel i popatrzył jej znacząco w oczy. Rozumiał, że nie mógł umrzeć. Musiał dopilnować tego, by cała i zdrowa znalazła się w bezpiecznym miejscu. Taki właśnie postawił sobie cel.
Przeładował broń i odsunął okno. Przełożył przez siebie pas i zablokował go, nogą zahaczając o spód fotela, by przypadkiem nie wylecieć z busa. Wychylił się do połowy i wyciągnął przed siebie dłonie. Był gotów oddać strzał, jednak kiedy czerwone ślepia jego celu zwróciły ku niemu swoje przerażająco złowrogie spojrzenie, zawahał się.
Czy naprawdę nie ma niczego, co mogłoby pomóc tym ludziom? Tam, w prosektorium, było mu łatwiej. To coś stwarzało bezpośrednie zagrożenie dla Sakury, więc nie oponował. Tym razem jednak coś chwyciło go za serce. Te kreatury jeszcze kilka godzin wstecz chodziły chodnikami Tokio, martwiąc się problemami pierwszego świata. Dlaczego ktoś im to zrobił?
— Shisui, nie zastanawiaj się! — Wrzask Tsunade nieco go otrzeźwił. Zerknął w głąb auta, szukając źródła jej głosu. — Oni są martwi! Popatrz na nich! W tych ciałach nie pozostało już nic z człowieka, to potwory! W ich żyłach nie płynie już krew!
Zacisnął zęby i ponownie popatrzył na swoją ofiarę. Ta bez namysłu zaczęła tłuc pięścią w szybę, aż w końcu roztrzaskała ją w drobny mak. Szare, posiniaczone ramię wsunęło się do wnętrza auta i chwyciło za brudny kitel Haruno, siedzącej na samym tyle.
— Sakura!
Itachi zerwał się w jej stronę, wyciągając zza paska gnata. Dziewczyna wrzasnęła z bólu i zaczęła wymachiwał pięściami w tył, zupełnie na oślep, chcąc uwolnić się z sideł zarażonego. Brat jej ukochanego wymierzył tuż nad jej głową, jednak zanim nacisnął na spust, rozległy się strzały. Jeden, drugi, trzeci. Shisui jak w amoku ładował kule w głowy kolejnych zainfekowanych, którzy wisieli na busie lub też ich doganiali.
Itachi nakazał wszystkim skupić się jak najbardziej na środku busa, by sytuacja się nie powtórzyła, a sam zajął taką samą pozycję jak jego kuzyn po drugiej stronie. W końcu do niego dotarło, że zarówno kapitan oddziału i przyjaciel z zespołu starali się cokolwiek robić, ku możliwości ucieczki z tego piekła. Nie mógł zostać w tyle.
— Jak daleko jesteśmy od więzienia? — Rin trzymała się mocno fotela, kiedy Kakashi szarżował autem przez zniszczone ulice. — Przez te ruiny nie jestem w stanie ocenić, gdzie się znajdujemy!
— Jeszcze kilka przecznic — odparł, błądząc wzrokiem po widokach przed nim. — Zauważyłaś to?
Nohara ściągnęła brwi, nie rozumiejąc, o co może mu chodzić. Nagle zacisnęła piąstki i przyległa mocniej do fotela.
— Nie widzę ludzi… — wyszeptała, nawet nie próbując kryć swojego przerażenia. — Ani jednego, żywego człowieka…
— Albo to my jesteśmy tak cholernie skupieni na ratowaniu własnej dupy, że nie chcemy ich widzieć.
Przez jego głos przebijała się pewna gorycz porażki. Jako funkcjonariusz policji, słynący z niesłychanej odwagi, uciekał właśnie przed jakimś wynaturzeniem. Jego zadaniem powinno być przede wszystkim szukanie ocalałych i pomaganie im… Jednak nie potrafił tego zrobić. Ograniczył się do tej przerażonej garstki ludzi, w której skład sam wchodził. Był pewny, że gdyby spróbował chociaż wyjść i rozejrzeć się za cywilami, śmierć chwyciłaby go w swe szpony w przeciągu kilku sekund. Nie warto było ryzykować.
Sakura pomogła Shisuiemu wczołgać się z powrotem do auta. Mężczyzna uważnie ją obejrzał, kilka razy pytając o to, czy zdążyli jej coś zrobić. Kręciła jedynie głową, nieustannie ksztusząc się łzami.
Choć pozbyli się zbędnego bagażu, zaczął wpadać w panikę. Jego magazynki były właściwie puste, a porozumiewawcze spojrzenie Itachiego dało mu do zrozumienia, że kuzyn znajdował się dokładnie w tej samej sytuacji.
— Niedobrze — wyszeptał, wciskając broń do pokrowca przy pasku. — Kakashi, jak daleko jesteśmy?
— Już prawie na miejscu — odpowiedział, zerkając na Rin. — Uda wam się znowu skontaktować z Kejżą?
— Spróbuję — odparła, sięgając po swoje radio.
— Staraj się jeszcze nie podjeżdżać pod budynek. — Shisui przeszedł do przodu, chcąc mieć dobry widok na to, co mieli przed sobą. — Póki nie będziemy wiedzieli gdzie podjechać, by szybko przedostać się do środka, nie możemy za bardzo zwracać na siebie uwagi tego ścierwa.
Nohara nawoływała Ryusaki, ale dziewczyna nie odpowiadała. Milczenie tego cholernego radia odejmowało im resztki jakichkolwiek nadziei na ratunek. Kakashi zatrzymał busa na szerokiej ulicy, korzystając z tego, że wokół nie dostrzegali żadnego zainfekowanego. Kazał być wszystkim cicho, by przypadkiem nie ściągali na siebie uwagi wroga.
Hinata odsunęła drzwi i wychyliła się do przodu, zwracając obiad. Była przerażona i zdruzgotana. Nie potrafiła pogodzić się z utratą ukochanego, ani z tym, że na każdym kroku czyhała na nich rychła śmierć. Nie wyobrażała sobie tego w najgorszych koszmarach.
— Jesteśmy skończeni — wyłkała Yamanaka
Sakura postawiła stopy na spękanym betonie, oblepionym śniegiem i popiołem. Przysunęła splątane dłonie do piersi i rozejrzała się wokół. Wszędzie coś się waliło albo paliło. Powywracane auta, z których wystawały spalone ciała ludzi, przypominały jej scenę z jednego z filmów, które oglądała z Sasuke. Doskonale pamiętała, jak mówiła ukochanemu, że gdyby doszło do czegoś takiego w ich świecie, odebrałaby sobie życie, wiedząc, że nie da sobie rady.
— Sakura… — Szept Hyuugi ściągnął jej uwagę na przyjaciółkę.
Hinata spoglądała w jeden z zaułków. Docierał stamtąd cichy, dziewczęcy szloch i jęki. Ludzki cień zaczął się wydłużać, kiedy niewielka istota wyszła na chodnik, kurczowo trzymając w dłoniach kota.
— Dziecko… — mruknęła Haruno, otwierając szerzej oczy. — Mój Boże, to dziecko!
Zaczęła iść w stronę dziewczynki owiniętej w beżowy płaszcz. Chód stopniowo przeradzał się w trucht; Sakura na ten jeden, krótki moment przestała myśleć o sobie, swojej stracie. Nagle zyskała jakiś cel; poczuła, że musiała pomóc temu dziecku za wszelką cenę.
Zatrzymała się gwałtownie, kiedy ramiona dziewczynki opadły w dół, a ciało zwierzęcia runęło na ziemię. Dopiero w tamtej chwili Sakura dostrzegła, że był on pozbawiony wnętrzności.
— Mała… — jęknęła, cała drżąc. Chciała, by dziecko na nią popatrzyło, pokazało swoją niewinną, przerażoną twarz. — Chodź do mnie… Zabierzemy cię stąd.
Niewielka głowa zwróciła się ku niej, odsłaniając swoje prawdziwe oblicze. Rozszarpana szyja i i policzek na skrytej połowie buzi, szarzejąca skóra, którą pokrywały ciemne wybroczyny i nicie czerniejących żył.
— P-pomóż m-mi — jęknęła, chwiejnym krokiem ruszając w stronę Haruno.
Jedno oko wciąż było normalne. Zaszklone od łez, patrzyło się prosto na młodą doktor, struchlałą od przerażenia. Sunęła powoli w jej stronę, wyciągając przed siebie ramionka. Kasłała, plując brunatną krwią, a jej głos powoli stawał się coraz bardziej szorstki, niezrozumiały.
— Przepraszam — wyszeptała lekarka, cofając się niepewnie. — Przepraszam, przepraszam…
Oko młodej ofiary zarazy rozbłysnęło czerwienią, a niewielkie usta otworzyły się szeroko, kiedy drobne ciało zaczęło nabierać pędu. Małe monstrum wyskoczyło w górę, gotowe do zaatakowania swojej pierwszej ofiary. Sakura odskoczyła kilkukrotnie do tyłu, unikając kontaktu, aż w końcu jej ciało zostało pchnięte na ziemię.
— Kurwa! — Shisui wziął zamach i z całych sił rąbnął dziecko metalową rurką, którą w pośpiechu podniósł z ziemi.
Zarażona uderzyła o gruz, a chwilę później Uchiha pozbawił ją życia w niesamowicie brutalny sposób. Jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co tak naprawdę zabijało te potwory. Z jękiem wbił swoją prowizoryczną broń w niewielką klatkę piersiową, chcąc zniszczyć serce, a po chwili w ten sam sposób spróbował roztrzaskać czaszkę. Młode kości nie wymagały od niego wielkich pokładów siły fizycznej, jednak jego psychika cierpiała z każdą chwilą coraz bardziej. Roztrzęsiony wycofał się i patrzył w unieruchomione ciało, nie potrafiąc dopuścić do siebie myśli o tym, co moment wcześniej zrobił. Drżał i czuł, jak wszystkiego jego wnętrzności robią fikołka, a treści żołądka podeszły mu do gardła. Spojrzał jednak na Sakurę; otumaniona tym wszystkim, wpatrywała się w martwe ciało dziecka, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Wziął szybki wdech i chwycił Sakurę pod ramię. Poderwał ją na nogi, gwałtownie ciągnąc w stronę busa.
— Nikomu nie możesz już ufać, rozumiesz? — wychrypiał, zatrzymując się przed pojazdem. — Nie mamy pojęcia, jak ten szajs się przenosi. Bardzo możliwe, że wszyscy jesteśmy już chorzy, tylko infekcja wolniej postępuje przez brak jakichś czynników. Więc, do jasnej cholery, skup się na tym, by nas wszystkich nie pozabijać!
— Nie wrzeszcz na nią! — Hatake pociągnął go za ramię, odsuwając od przyjaciółki. — To było dziecko! Chciała je tylko uratować. Skąd mogła wiedzieć, co się stanie?!
— Chcę tylko, by była rozważna — sarknął Uchiha, spluwając gdzieś na bok. — Jeżeli mamy się jakoś z tego gówna wydostać, to musi się otrząsnąć. Jej płacz nie zwróci chłopakom życia!
— Shisui! — Kakashi pchnął go na busa, zaciskając pięści na mokrej od śniegu bluzie. — Jeszcze jedno słowo…
— To co? Wykopiesz mnie z zespołu? — Brunet rzucił swojemu kapitanowi złowieszcze spojrzenie. — Chcę tylko, byście wszyscy przeżyli i staram się racjonalnie myśleć. Nie wchodź mi w drogę albo będziesz radzić sobie sam!
Sakura i Hinata wpatrywały się w nich, próbując powstrzymać kolejne łzy. Miał rację. Brutalnie starał się ją udowodnić, ale miał cholerną rację.
— To Kejża! — Głos Rin wydobył się z wewnątrz auta. — Kejża! Jesteśmy niedaleko więzienia! Słyszysz nas?
Pół… ście. — Radio trzeszczało niemiłosiernie, wydając z siebie niezrozumiałe skrawki słów. — ...dę czek…
— Powtórz, proszę! — Nohara zaciskała swoje drobne, brudne palce na urządzeniu. — Nie słychać cię zbyt dobrze!
Podje… Półno… Wej…
Itachi ściągnął brwi, w intensywny sposób starając się zebrać do kupy swoje myśli. Nagle otworzył szerzej oczy i uderzył pięścią o otwartą dłoń.
— Północne wejście! — krzyknął i usiadł z powrotem za kierownicą busa. — To tam niejednokrotnie czekałem na dziewczyny, aż skończą pracę. Wsiadajcie, musimy się tam szybko dostać.
Kakashi popatrzył krytycznie na podopiecznego i w końcu puścił jego ubrania. Wepchnął do środka Sakurę i wszedł tuż za nią, a młody Uchiha przez chwilę nie wiedział, co tak naprawdę miał robić. Popatrzył na niebo, z którego sypały się białe płatki śniegu. Już dawno przestał zwracać uwagę na wykańczające zimno, które im towarzyszyło. Nieboskłon wydawał mu się nienaturalnie spokojny, względem tego, co działo się na ziemi, a to dodatkowo go niepokoiło. Od kiedy bombardowanie ustało, niebo przecięło kilka myśliwców, a potem wszystko ucichło. Przerażał go moment zaskoczenia, który mogli wykorzystać ich wrogowie.
Wskoczył do środka i zatrzasnął drzwi, siadając z dala od wszystkich i przecierając dłońmi zmęczoną twarz. Jedyne, czego chciał, to choć na chwilę znaleźć się w bezpiecznym miejscu, by móc przemyśleć jakikolwiek plan działania. Wiedział, że ci zarażeni ludzie byli dopiero połową problemów. W każdej chwili mogli natknąć się na Koreę.
Itachi ruszył ostro i skierował się prosto do więzienia. Pędzili, mijając ogniska infekcji, które prędko zwracały na nich uwagę i porywały się w dziki bieg tuż za nimi. Dostanie się do zakładu było ich ostatnią szansą; pojazd, którym się poruszali, rozpadał się powoli od wybuchów i ataków, a kokpit wyświetlał kontrolkę o rezerwie paliwa.
Bus przejechał przez roztrzaskaną bramę placu, wtaczając się pod górkę. Wyminęli spacerniak, gdzie również kręciło się pełno niebezpiecznych kreatur. Więźniowie, strażnicy, cywile. Nikt nie miał specjalnych względów, nikt nie mógł przed tym uciec.
— Przygotujcie się!
Uchiha zahamował ostro pod niewielkimi, żelaznymi drzwiami, prowadzącymi do wnętrza placówki. Odległość między pojazdem a ścianą budynku była mniejsza niż długość lusterka, które stracili podczas ucieczki. W ten sposób zabarykadowali przejście, co dało im dodatkowe chwile na ratunek. Shisui otworzył drzwi i wyskoczył na zewnątrz. Dał susa do przodu i zaczął walić w drzwi, by znajdujący się po drugiej stronie ludzie wiedzieli, że już przybyli. Słysząc dzikie wrzaski zarażonych, zaczynał panikować, kiedy nie otrzymywał żadnej reakcji.
— Jesteś pewny, że to tutaj?! — krzyknął do kuzyna, który wyrwał z rąk Rin broń.
Itachi razem z Kakashim wspięli się na dach busa i zaczęli oddawać strzały, do najbliższych celów.
— Tak!
Jak na zawołanie, Shisui usłyszał za sobą szczęk potężnego zamka, a wrota do ocalenia otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Kejża i trzech mężczyzn stało przed nimi, w szoku obserwując ocalałych.
Policjant zaczął wyciągać z auta kolejno wszystkie osoby i popychać je w stronę wnętrza. Pomógł Shikamaru wydostać ze środka Temari, a także podał rękę Tsunade, która nie najlepiej radziła sobie z połamaną kończyną.
— Chłopaki! — ryknął, zdzierając gardło.
Hatake i Uchiha oddali ostatnie strzały i błyskawicznie zeskoczyli z busa, po chwili wbiegając do środka. Shisui z pomocą dwójki mężczyzn — strażnika i więźnia — zatrzasnął drzwi. Zablokowali je pobliskimi regałami i runęli na ziemię, pozbawieni jakichkolwiek sił, zmarznięci i głodni. Przerażeni. To co działo się na zewnątrz, wciąż wydawało się być chorym koszmarem; czymś niewytłumaczalnym.
Ryusaki obserwowała przybyłych z przestrachem. Cieszyła się, że byli cali i zdrowi; tak samo jak Sakura, uważała, że posiadanie swoich bliskich wokół siebie podczas tak straszliwych wydarzeń jest wielką korzyścią i wsparciem.
— Wszystko w porządku? — zapytała, schylając się nad Haruno.
Lekarka pokiwała głową i wskazała na Saia, a także Tsunade.
— Oni potrzebują pomocy — wyszeptała, zakrywając dłonią oczy. — Mają prowizoryczne opatrunki. Macie tu jakąś zabiegówkę?
— Tak — odparła, pomagając wstać osłabionej i bladej Hinacie — na szczęście cała się ostała.
— Widzieliście, co dzieje się na zewnątrz? — zapytał Shikamaru, sprawiając, że sanitariuszka powstrzymała swoje ruchy.
— Widzieliśmy — wyszeptała, a jej puste, pozbawione emocji spojrzenie utkwiła w twarzy Nary. — Musieliśmy… pozbyć się kilku przypadków własnoręcznie.
— Co z Ichirei?! — Itachi chwycił Kejżę za ramię i odwrócił do siebie. — Powiedz, że żyje.
Zaszklone oczy zwróciły się gdzieś w bok.
— Mayako przestała odpowiadać przez radio już pół godziny temu… — wyszeptała, zaciskając pięści. — Nie mamy kontaktu z nikim z tamtej części ludzi. Po tej stronie zostałam tylko ja, Tenten i ta trójka. — Wskazała brodą na dwóch strażników i więźnia. — Oczywiście sprawnych. Reszta jest ranna, nieprzytomna… albo martwa.
— Wy! — Shisui wskazał na wspomnianych przez Kejżę. — Zaprowadźcie nas do zasypanego wejścia. Jest nas teraz więcej, Kejża zabierze dziewczyny i Saia. Zajmą się rannymi, a my postaramy się przebić do Ichirei i Mayako.
— Nie masz pojęcia, czy po drugiej stronie znajdują się jeszcze oni, czy to ścierwo — zauważyła Tsunade.
— Zaryzykuję — warknął Uchiha i popatrzył na strażnika. — Potrzebujemy broni, macie coś?
— Cały składzik, myślę, że coś stamtąd nam się napewno przyda.
Policjant wziął głęboki wdech i popatrzył na kuzyna. Itachi nie wyglądał najlepiej i był w stanie zrozumieć powody. Nie miał pojęcia, czy jego ukochana jeszcze żyła albo czy wciąż była człowiekiem. Zwołał chłopaków i poprosił strażnika, by ich poprowadził. Rzucił przez ramię ostatnie spojrzenie w stronę Sakury. Miał wrażenie, że nie pozostało w niej już nic z tamtej kobiety, którą tak podziwiał. Mógł jedynie obserwować wrak psychiczny, pozbawiony wiary w to, że uda im się to przeżyć.
Wiary w cokolwiek.


Od autorki: Czeeeeść!
Nie spodziewałam się, że od ostatniego rozdziału będzie tutaj aż taka przerwa, ale jak już nieraz wspominałam, chodzę na praktyki, wciąż mam zajęcia no i licencjat. To nie tak, że nie mam kompletnie czasu, ale jestem wyzuta z chęci, sił i weny. ;-; Ostatnio jednak siedząc w redakcji, złapałam zeszyt i na nowo rozpisałam resztę rozdziałów. Co chwilę zmienia mi się wizja i to mnie bawi/przeraża. xD Końcówka na pewno się nie zmieni, ale chciałabym wydłużyć to po prostu z 6 rozdziałów na 10 + epilog.
W IV stawiam już dużo mocniej na chłopaków. Akcja w końcu skupi się na nich, a nie na rozjechanych psychicznie moćkach z policyjnego busa. Przypominam, że Sasuke, Kiba, Madara i Naruto, jeszcze nie mają pojęcia co się dzieje w Tokio. W Japonii. Właściwie, to nikt jeszcze nie ma, heheszki.
Także z wielką chęcią zaczęłabym to pisać już teraz, no ale muszę czytać Początek Andrzeja Szczypiorskiego i skończyć w końcu ten pierwszy rozdział pracy, jak należy. Na pewno jednak wyczuwam krótszą przerwę.
A i ogólnie podziękowania dla Kayo, kochani! Ichirei ma kolokwia, Kejża gdzieś właśnie melanżuje i ogólnie nie miały czasu, by zrobić to na już, więc Kayko się tym zajęła. <3 A dziewczyny zajrzą, jak będą mieć czas, może coś tam wydumają i po prostu po czasie to zaktualizuję.
O, jeszcze reklama. Widzieliście Edge of tommorow? Pierwszy raz widzę, by chłopak-amator pisał w tak ciekawy, estetyczny sposób. Jestem zakochana w tym blogu i polecam go wszystkim, wam też! Jeżeli macie czas i chcecie poczytać coś wartego uwagi, to wbijajcie do Akaia! Jego rozdziały są króciutkie, prócz tego najświeższego, dlatego też szybko się czyta.

No, skończyłam gdakać. Do usłyszenia!

CREATED BY
MAYAKO